Strona główna » Blog » Salon VR Project i mój drugi kontakt z HTC Vive

Salon VR Project i mój drugi kontakt z HTC Vive

Kilka dni temu, 13 sierpnia, postanowiłem wykorzystać końcówkę urlopu i wybrać się do salonu VR znajdującego się przy Metro Świętokrzyska – VR Project. Chciałem jeszcze raz doświadczyć wirtualnej rzeczywistości oraz wybadać, czy jest to dobre miejsce, aby zaprosić tam później moją żonę, Zuzannę.

Zuzia polecała mi wybrać się do Gniazda Piratów na Fajera, ale jednak postawiłem na swoim. Zadzwoniłem, aby upewnić się, że będzie dla mnie miejsce oraz czas (a chciałem wybrać się na godzinę) i pojechałem.

Sam salon znajdował się w dosyć niepozornym miejscu. Brakowało jakiegoś bardziej widocznego szyldu albo innego oznaczenia. Patrząc przez przeszklone ściany nie było widać nic specjalnego, bo pokoje do doświadczania VR były za ścianami i kotarami. Z zewnątrz widać było tylko proste biureczko dla osoby obsługującej salon i jakieś ni to obrazki, ni to dyplomy na ścianie.

Jak się okazało, na ścianie były wywieszone opisy dostępnych i polecanych gier oraz aplikacji. Poleciłem obsługującej mnie pani, aby zaproponowała mi coś wedle własnego uznania. Tak, abym mógł doświadczyć jakiegoś ciekawego przekroju możliwości technologicznych HTC Vive.

Miałem nadzieję na doświadczenie też Oculus Rift, ale jak się okazało salon wycofał się z ich stosowania. W zasadzie jest to dla mnie zrozumiałe: Oculus chyba nie ma takich fajnych kontrolerów, takiego systemu śledzenia i innych bajerów.

Headset

Zostałem zaproszony do kwadratowego pokoju. Z góry zwisał headset na jakimś specjalnym zawieszeniu – wygodna sprawa, bo przy moim poprzednim doświadczeniu kable się ciągnęły gdzieś za mną z tyłu głowy i mogłem się obawiać o to, aby ich nie zepsuć. Też mając w pamięci moje poprzednie doświadczenie zauważyłem, że headset jest jakby mniejszy a jego paski nie obejmują tak bardzo głowy. Ważna rzecz również się ujawniła: jakość obrazu wydała mi się znacząco lepsza. Wciąż co prawda widać “efekt moskitiery”, ale jest on znacznie mniej rzucający się w oczy i rzekłbym, że jakoś obrazu jest naprawdę fajna.

Każe mi się to zastanawiać nad tym, czy jednak moje pierwsze doświadczenie z HTC Vive nie dotyczyło jakiegoś wydania DK, czyli że jeszcze nie dotyczyło kontaktu z właściwą wersją konsumencką.

Kolejne aplikacje i gry, które mi zaproponowano, to były:

  • Steam VR Tutorial – wprowadzenie do korzystania z HTC Vive i kontrolerów;
  • The Blu – multimedialne doświadczenie przebywania w głębinach oceanu;
  • Space Pirate – gra, strzelanka;
  • Tilt Brush – aplikacja do malowania w trójwymiarze;
  • The Lab – aplikacja pozwalająca doświadczać wirtualnej rzeczywistości na wiele różnych sposobów;
  • The Brookhaven Experiment – gra, połączenie strzelanki i horroru.

Jeżeli ktoś chce doświadczyć różnych aspektów wirtualnej rzeczywistości to z powyżej listy mogę polecić wszystko poza Brookhaven Experiment, które nie wnosi nic specjalnego.

Nie będę psuł nikomu zabawy wchodząc zbyt mocno w szczegóły. Napiszę jedynie o tym, co było dla mnie rzeczywiście odkrywcze.

Steam VR Tutorial

Zetknięcie się z różnymi grami czy aplikacjami niekoniecznie od razu przynosi zrozumienie czemu pewne rzeczy są jakie są. Dopiero poprzez tutorial zrozumiałem jak bardzo sprytnie opracowano kontrolery do Vive. Świadomość tego jak można wykorzystać ich rozmaite przyciski oraz programowalny touch-pad pozwala lepiej ocenić to, do jakiego stopnia autor danej aplikacji lub gry wykorzystał lub nie wykorzystał potencjał sprzętu.

Spodobało mi się też wyświetlanie polskich napisów do przemawiającego po angielsku przewodnika. Zostało to wykonane fajnie, tak jakby komiksowo. “Dymek” z napisami inteligentnie się przesuwa i jesteśmy odpowiednio instruowani.

The Blu

Jest to bardzo przyjemne doświadczenie, bo “doświadczenie” to tutaj lepsze słowo niż “aplikacja” czy “gra”. Po prostu jesteśmy przenoszeni w morskie głębiny do trzech możliwych scenerii i… jesteśmy, podziwiamy. Myślę, że dla kogoś, kto po raz pierwszy doświadcza wirtualnej rzeczywistości, to mogłoby być jedno z pierwszych doświadczeń. Jest po prostu bardzo ładnie! Scena z wielorybem zapewne może kogoś bardzo zaskoczyć. Ja natomiast na scenie w morskich ciemnościach z latarką w ręku poczułem przez chwilę lęk i dostałem prawdziwej gęsiej skórki, co mnie zaskoczyło, bo nie spodziewałem się, że cokolwiek może we mnie wywołać takie odczucia. Wtedy zdałem sobie sprawę jak ogromny potencjał do robienia gier-horrorów  tutaj tkwi.

Space Pirate

Prosta gra: masz w ręku dwa futurystyczne pistolety i co jakiś czas musisz pokonać atakującą się grupkę latających dronów. Cóż może być w tym ciekawego? Ano to jak szybko można odnaleźć się w zupełnie nowym wymiarze gry! Na początku szybko przegrywałem z dronami, ale szybko się okazało, że zaczynam wyrabiać sobie umiejętność walki z nimi. Umiejętność ta była inna niż w typowych grach komputerowych, bo wykorzystywała moje przewidywanie tego, kto za mną może teraz stać i przed kim mogę się bronić za pomocą tarczy, na którą mogę zmienić jeden z pistoletów. Przy którymś moim podejściu do tej gry zacząłem się wręcz zastanawiać co sobie myśli obserwująca mnie pani z obsługi. Wydało mi się, że szalenie macham rękoma i wykonuję różne obroty, co pozwala mi skutecznie walczyć z najeźdźcami, ale że dla osoby z zewnątrz to musi być jakieś niezrozumiałe, przesadzone, dziwne. Tym nie mniej w świecie gry naprawdę szybko wyrobiłem sobie świadomość sprawności moich ruchów i zacząłem bronić się, strzelać i patrzeć na trzy różne strony!

Tilt Brush

Tutaj napiszę tylko tyle, że warto doświadczyć tej aplikacji, aby zobaczyć ciekawy i całkiem sprawny interfejs, który obsługiwałem tak szybko, że aż sam się poczułem jakaś postać z filmu przygodowego science-fiction.

W krótkim czasie raczej nie stworzymy tutaj jednak jakiegoś skończonego dzieła – trzeba by chyba trochę treningu i większego wyczucia przestrzeni trójwymiarowej.

The Lab

Tej aplikacji doświadczyłem bardzo pobieżnie. Zapewne będę do niej jeszcze chciał wrócić. Zawiera ona osiem tzw. eksperymentów, z których ja doświadczyłem dwóch, które obejmowały już znane mi możliwości wirtualnej rzeczywistości. Tym nie mniej jest to chyba dobra pozycja dla kogoś, kto właśnie startuje i chce doświadczyć różnych fajnych rzeczy – krajobrazów, strzelania z łuku, różnych takich zabaw (sam nie wiem do końca jakich).

Nowością dla mnie był koncept poruszania się w trójwymiarowym świecie za pomocą swoistego “teleportu”. Wskazujemy kontrolerem gdzie mamy się teleportować i po chwili się tam znajdujemy. Nie wiem czy jest to odpowiednio udana idea – raczej miałem poczucie niedosytu i nie byłem do końca usatysfakcjonowany. Tym nie mniej jest to jakiś sposób na przemieszczanie się a innego jeszcze nie widziałem.

Fajnym smaczkiem jest “wejście w eksperyment”. Każdy z nich jawi się jak taka zawieszona w powietrzu kula, którą trzeba złapać i… włożyć sobie do głowy.  🙂

The Brookhaven Experiment

Nie polecam, bo moim zdaniem gra nie wnosi nic ponad to, co ukazują poprzednicy. Jedyny moment, gdy mnie poruszyła, to gdy rzeczywiście z kanałów wyszedł jakiś ogromny zombie, który w ogóle nie przejmował się tym, że do niego strzelam. Przez chwilę miałem odruch realnego cofnięcia się przed jego atakiem. Nie równoważy to jednak mojego rozczarowania – oczekiwałem czegoś znacznie bardziej strasznego, czegoś może porównywalnego do tego, czego doświadczyłem w The Blu.

Co mi się nie podobało

Gdybym miał wymienić jakieś konkretne wady czy to headsetu czy to tych aplikacji, to wskazałbym jedynie na to, że podczas tej godziny użytkowania dosyć często dochodziło do różnych form zaniku obrazu czy jego dziwnego zniekształcenia. Potrafiło to zepsuć wrażenie obecności w innym świecie a i też przynajmniej raz zdarzyło mi się w kluczowym momencie gry w The Brookhaven Experiment i zaważyło o mojej przegranej. Nie wiem z czego to może wynikać – może jakieś poluzowane kable? Być może moje kolejne doświadczenia z HTC Vive dadzą mi na to jakiś pogląd.

A no i jeszcze w trakcie mojego pobytu w salonie raz cały sprzęt musiał być zresetowany, bo któraś z aplikacji nie chciała się w ogóle włączyć. To drobnostka, ale jednak wskazuje na to, że jeszcze jakieś usterki i drobne problemy techniczne są obecne. No i że dobrze mieć kogoś do pomocy, żeby nie zdejmować z siebie całego osprzętu i szukać przyczyny problemu.

Podsumowanie

Spędziłem w salonie około godziny, zapłaciłem 87 złotych za 58 minut. Polecam i będę chciał też, aby Zuzia, moja żona, mogła doświadczyć wybranych aplikacji i gier.

 

Dodaj komentarz