Strona główna » O mnie, dookoła mnie i moimi oczami

Kategoria: O mnie, dookoła mnie i moimi oczami

Ktoś coś widział, ktoś coś wiedział – w sprawie Krzysztofa Sadowskiego

Szybkie wprowadzenie: Mariusz Zielke oskarżył Krzysztofa Sadowskiego o molestowanie seksualne dzieci (takich 10-15 lat) obu płci. Sprawa powoli przebiła się do mediów. Ludzie, którzy byli blisko Sadowskiego zdają się milczeć albo mówić – “ja nic nie wiedziałem”. I może rzeczywiście ktoś czegoś nie wiedział. Natomiast w reportażu TVN UWAGA przedstawiciel Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego powiedział tak:

Mieliśmy dwie duże narady zarządu i rady oraz bardzo poszerzonej grupy muzyków, dziennikarzy i kolegów Sadowskiego – okazało się, że nikt o niczym nie wiedział. Szok jest potworny

Piotr Rodowicz, prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

“Jak to możliwe, że przez 30 lat nikt nic nie wiedział?”, zapytał dziennikarz TVN.

To bardzo złożona rzecz. Nie podejmuje się wyjaśnienia w krótkiej rozmowie. Na szczęścia dzisiaj nasza świadomość, nasza i społeczna znacznie się zmieniła. Wszyscy wiemy, że pewne gesty i zachowania są naganne. W latach 80., czy 90. nie było to oczywiste. Mam na myśli przykładowo sadzanie sobie małych dziewczynek na kolana

Piotr Rodowicz

Sprawa Sadowskiego żyje w social mediach już od miesiąca i wiele osób wyraziło swoje zdanie – jedne pod prawdziwymi imionami i nazwiskami, inne pod pseudonimami. Niektórzy mówili w imieniu ofiar, które są ich znajomymi. Na tle powyższego “nikt nic nie wiedział” warto przyjrzeć się niektórym wypowiedziom Internautów i rozważyć samemu jak to mogło naprawdę być.

Zachęcam do czytania komentarzy pod publikacjami w sprawie p. Sadowskiego.

Komentarze internautów – ktoś coś wiedział

Pani R. napomyka o pewnym jazzmanie, który 10 lat temu miał z tą sprawą iść do dziennikarzy śledczych (pogrubienie w tekście moje):

Jestem tak wstrząśnięta tym wszystkim co czytam także tutaj od kilku dni że nie jestem nawet w stanie komentować…A najgorsze że potwierdza mi się moja opinia o niektórych środowiskach itd …bardzo bardzo współczuję wszystkim wplatanym w ta straszna historię…tu przeraża wszystko także zachowanie byłej żony tego…I fakt że pewien jazzman zawiadomił 3 dziennikarzy śledczych 10 lat temu i nic z tym nie zrobili itd itd

https://www.facebook.com/marcin.dzik.1/posts/2755240404490044?comment_id=2755324064481678&reply_comment_id=2755958854418199

Pani Alicja w komentarzu skierowanym do swojej znajomej wspomina (tekst lekko poprawiony przeze mnie dla czytelności, pogrubienia i podkreślenia moje):

Byłam pierwszy raz na warsztatach w Puławach, rok wcześniej jak spotkałyśmy się, Agnieszka, w tym samym internacie, co część kadry. Na drzwiach pokoju pana S. wisiała kartka “pedofil

https://www.facebook.com/PolskieStowarzyszenieJazzowe/posts/2651776798174833?comment_id=2651945761491270

Pani Marta napisała:

z samej obserwacji Sadowskiego prowadzącego się pod rękę na warsztatach w Puławach z szesnastolatkami, z faktu, że opiekunowie innych warsztatów dla dzieci odganiali od niego podopiecznych, bo najwyraźniej wiedzieli, ja się pytam: jakim prawem można było zezwalać takiemu typowi na wyjazdy na warsztaty dla dzieci i młodzieży?! Pracował z ludźmi przez 40 w zarządzie i nikt nie miał chociaż podejrzeń?

https://www.facebook.com/groups/polishkeyboardists/permalink/2511817992214335/?comment_id=2511887495540718&reply_comment_id=2512705175458950

Pani Agnieszka napisała:

Środowisko o tej sprawie wie od dawna….ja weszłam w środowisko w roku 98 i już wtedy jako młoda dziewczyna słyszałam różne bulwersujące historie. I nie dotyczyły one jedynie jednej chorej psychicznie kobiety ( wtedy dziewczynki). Sprawa Pana Sadowskiego jest zamiatana od lat pod dywan. W tej chwili jestem w kontakcie z jedną z jego ofiar. Obrzydlistwo, które mam nadzieję zostanie rzetelnie wyjaśnione. Z tego co wiem, sprawy się przedawniły.

https://www.facebook.com/PolskieStowarzyszenieJazzowe/posts/2651776798174833?comment_id=2651790031506843

Pan Waldemar, pisze do p. Wojtka:

byli też tacy, którzy wiedzieli i reagowali. Nie będę wymieniał nazwisk bo jakoś tak niezręcznie … ale pamiętam, że były reakcje

https://www.facebook.com/groups/165135820189250/permalink/2352987181404092/?comment_id=2352991308070346

Ponieważ p. Wojtek się dopytywał (“wymień – inaczej będziemy wszyscy współuczestnikami w kryciu przestępstw“) to p. Waldemar trochę dopowiedział:

to nie tak, na pewno tak nie możesz pisać, bo to się trochę kłóci i z logiką i z kulturą, szczególnie w cyt. “paskudnych” czasach, w których w debacie publicznej ludzi prawi i szlachetni spychani są na margines a rej wodzą krętacze, gdzie na kogoś kto mówi prawdę woła się kłamca itd. Wymienianie szlachetnych w takich okolicznościach będzie przeciwskuteczne. Ale niech Ci będzie: Marek Daniel, Szakal, Szprot … generalnie twórcy Margonina a potem Puław … był też list otwarty w tej sprawie … W zasadzie wszyscy to wiedzą Wojtku … Inną sprawą jest umiejętność odróżnienia pomówień od prawdy – z tym wszyscy mają kłopot. A jeszcze inną jest umiejętność zareagowania wobec zła … z tym jest jeszcze większy kłopot. Przecież żyjemy w kulturze kłamstwa i pomówień …

https://www.facebook.com/groups/165135820189250/permalink/2352987181404092/?comment_id=2352991308070346&reply_comment_id=2353386854697458

Pani Małgosia wspomina:

będąc dwa razy w Puławach byłam świadkiem jak dorosłe już osoby podśmiewały się z tego, że K. Sadowski zamykał się z dziewczynkami w sali gdzie odbywały się jego zajęcia.

https://www.facebook.com/PolskieStowarzyszenieJazzowe/posts/2651776798174833?comment_id=2651790031506843&reply_comment_id=2659112017441311

Pan Karol również napisał, że niektórzy się podśmiewali – a skoro tak, to coś musieli zauważyć nietypowego, ale nie wzięli tego serio, chociaż dla p. Karola było to niepokojące a nie zabawne:

Pare razy bylem w Pulawach. Dzialy sie dziwne rzeczy, ale ludzie sie smieli. Nikt tego powaznie nie traktowal.
Niemniej ten pan przebywal caly czas w towarzystwie malych chlopcow i dziewczynek.
To wszystko naprawde wygladalo niepokojaco.

https://www.facebook.com/groups/475494195814220/permalink/2644360108927607/?comment_id=2646257822071169

Panu Karolowi wtóruje Zuzanna: “też to pamiętam”, potwierdza.

O “dziwnych rzeczach” wspomina również Internauta występujący pod pseudonimem “Bieszczadnik”:

Sam nie wierzyłem, jak przez lata 90. mówiło się, że na letnich warsztach jazzowych w Puławach (Sadowski był organizatorem a jego córka gwiazdą) działy się rzeczy “dziwne”. Wielu znanych ludzi posylało tam dzieci. Nikt nie chciał skandalu.

https://twitter.com/Zakapior75/status/1158591044960903168

Inny Internauta występujący pod imieniem Stanisław wskazał na interesujący fakt dotyczący warsztatów w Puławach komentując jedną z publikacji Mariusza Zielkego:

Dwaj najbliżsi współpracownicy Sadowskiego w czasach PSJ to znani sędziowie: Karpiński i Stępień (tak właśnie ten Stępień) w środowisku chyba wszyscy słyszeli jak poprzedni prezes H. Majewski wyrzucił KS z warsztatów jazzowych w Puławach za te sprawy.

https://twitter.com/laurel_aw/status/1158826897482104832

W innym tweecie Stanisław komentuje oświadczenie Sadowskiego:

Ciekawe za co w środku nocy z wielkim hukiem Henryk Majewski go z Warsztatów Jazzowych w Puławach wywalał. Później gdy Majewski umarł, Sadowski wprowadził tam swoje zwyczaje, raz nawet mieszkał w pokoju z upośledzoną dziewczynką. Jazzmani przed 30 mówią o nim otwarcie „Pedofil”.

https://twitter.com/laurel_aw/status/1159836045728288774

Komentarze w mediach – ktoś coś wiedział

We wspomnianym na początku reportażu TVN Uwaga po raz pierwszy pojawili się odważni artyści, Aga Zaryan, Michał Tokaj i Sławomir Kurkiewicz, którzy wspomnieli na kilka sytuacji świadczących o tym, że ktoś coś wiedział. Przywołam jedną wypowiedź:

Jeździliśmy na warsztaty do Puław. Zaczynałem w 1991 roku. O tej sprawie się mówiło w naszym środowisku, rozmawiało się ze starszymi osobami

Michał Tokaj

Oprócz tego w publikacjach Mariusza Zielkego znalazła się anonimowa wypowiedź “znanego muzyka”:

Powiedziałem przyjacielowi Sadowskiego i działaczowi PSJ, że musimy coś zrobić z pedofilią prezesa już wiele lat temu. Usłyszałem: „zostaw Krzysia w spokoju, niech sobie pomaca te swoje dziewczynki”

“Krzysztof Sadowski wciąż groźny. Iza: molestował mnie w 2017 r.”, http://wispo.pl/?page_id=133

W tym artykule pojawia się też relacja kobiety – wówczas 15-letniej uczestniczki warsztatów muzycznych – która skarży się ojcu:

(…) [Sadowski] otarł się o moje pośladki. To był ten moment, gdy dotarło do mnie, że może mi zrobić w tym gabinecie poważną krzywdę, więc postanowiłam o tym powiedzieć mojemu ojcu, który też był wykładowcą na warsztatach w Puławach. Doszło do konfrontacji między nimi, niestety nie wiem, jak ona przebiegła.

“Krzysztof Sadowski wciąż groźny. Iza: molestował mnie w 2017 r.”, http://wispo.pl/?page_id=133

Do jednego ze swoich artykułów Mariusz Zielke załączył zdjęcie z wiadomości e-mail, w której osoba pokrzywdzona napisała do niego:

To, że jest pedofilem, wiedzieli wszyscy. Kiedyś jadąc pociągiem spotkałam dziewczynę, której wspomniałam, że go znam, ale zerwałam kontakt, a ona na to, że jestem już dla niego za stara.

Horror dzieci z „Tęczy”, http://wispo.pl/?page_id=110

W tym samym artykule jest zdjęcie fragmentu anonimowego listu rozpowszechnianego między jazzmanami w okolicy 2000 roku a na nim taka treść:

kolejne skandaliczne postępowanie prezesa K. Sadowskiego na warsztatach w Puławach i w Margoninie, gdzie nawet nie kryjąc się obmacuje mlode dziewczynki, molestuje młode pianistki, kąpie się wraz z dziewczynkami w łazience w bursie dla uczniów warsztatów, wszyscy warsztatowicze o tym mówią ośmieszając w ten sposób srodowisko jazzowe, głośno i blisko zawiadomienia prokuratury było o tym już w zeszłym roku. Prezes tym jest zajęty a nie działaniem na rzecz PSJ

Horror dzieci z „Tęczy”, http://wispo.pl/?page_id=110

W wywiadzie udzielonym przez Olgę Śmigielską reporterom Bartoszowi Żurawiczowi i Idze Piotrowskiej z Magazynu TVN 24 znajdziemy taki fragment:

– I nikt nie zareagował na to, że nastoletnia dziewczyna nocuje w jednym pokoju z dorosłym mężczyzną? – pytamy.

Śmigielska: – Wiedzieli o tym wszyscy, którzy byli na tych warsztatach, to nie była tajemnica, ja się nie skradałam do tego pokoju, ja tam miałam swoje walizki. To powinno być odebrane przez całe środowisko: hej, wszystko okej?

Olga: Był dla mnie jak ojciec, ale córki nie obejmuje się w tych miejscach , https://www.tvn24.pl/magazyn-tvn24/olga-byl-dla-mnie-jak-ojciec-ale-corki-nie-obejmuje-sie-w-tych-miejscach,231,3988

Dlaczego wielu milczało i wielu milczy wciąż?

Z publikacji p. Zielkego wiemy, że Sadowski był wpływowy, miał koneksje a także w razie potrzeby był gotów zapłacić za milczenie (według niezależnych doniesień Dużego Formatu i Mariusza Zielke – nawet 100 tys. zł).

Ewa Gajda, jedna z osób pokrzywdzonych przez Sadowskiego, opisała takie coś:

Skończyłam psychologię kliniczną i w czasie studiów zajmowałam się przestępczością seksualną, nie bez powodu. Robiłam również praktyki w policji, która wydawała wtedy takie czasopismo „Policja”. I widziałam go na zdjęciach, jak się bawi z policjantami, sędziami i prokuratorami, jak im przygrywa na rautach. I zdałam sobie sprawę, że jestem malutka i jeśli wystąpię przeciwko niemu publicznie, to on mnie zniszczy. Teraz już nie jestem sama, ale nadal się go boję.

Ofiara pedofila: „Płakałam z radości, że wreszcie ktoś to opowiedział”, https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/ofiara-pedofila-p%c5%82aka%c5%82am-z-rado%c5%9bci-%c5%bce-wreszcie-kto%c5%9b-to-opowiedzia%c5%82/ar-AAGdp3c?ocid=ob-tw-plpl-572#page=2

Ktoś mógłby zasugerować, że Sadowski ma jakieś związki ze służbami – podobne sugestie przecież były rozważane w przypadku księży ukazanych w filmie “Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich. Nie wiem czy p. Sadowski czy ma takie związki, ale warto odnotować, że p. Sadowski i jego przyjaciel, sędzia Krzysztof Karpiński (były prezes Sądu Apelacyjnego w Warszawie), który sam jest jazzmanem (grywali razem nie raz), wystąpili kiedyś razem na konferencji promowanej przez Instytut Pamięci Narodowej poświęconej m.in. agentom SB w środowiskach jazzowych (“Jazz w PRL – Historia zza kulis”). Wystąpili jako eksperci od tychże agentów, jako ludzie, którzy znają temat, czytali akta, dokonali przeglądu całego środowiska. Ostatecznie wymienili jedynie 5 nazwisk i to osób, które były już wcześniej ujawnione przez inne źródła oraz które już nie żyły, więc nie mogły się wypowiedzieć.

Różnie można rozumieć żartobliwy komentarz innego znajomego p. Sadowskiego, sędziego Jerzego Stępnia, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego i również jazzmana z PSJ, który kiedyś w wywiadzie stwierdził, że:

Często mówię studentom, że jak ktoś chce zrobić karierę prawniczą, to powinien się interesować jazzem (śmiech)

https://www.rp.pl/Sedziowie-i-sady/303039966-Sedzia-Jerzy-Stepien-jestem-zmuszony-do-buntu.html

Sadowski mógł nawet przez samo powoływanie się na znajomość z takimi osobami wywierać wpływ na osoby. Sędziowie Karpiński i Stępień mogli nawet o niczym nie wiedzieć.

Obecna pani adwokat Sadowskiego również nie wzięła się z próżni. Jej tata napisał jedną z pierwszych książek o polskim jazzie, znał środowisko, fotografował się z Sadowskim. Ona sama przyjaźni się z ludźmi ze środowiska jazzowego. Myślę, że wierzy mocno w niewinność swojego klienta bardziej niż by wierzył ktoś spoza tego środowiska, kto nie byłby pod wpływem uznania i autorytetu, i będzie go bronić mocniej i szczerzej niż inni.

Swoją drogą, to bardzo dobrze, bo w uczciwym procesie każdemu należy się dobry obrońca.

Wskazuję na fakt, że Sadowski może liczyć na ludzi, których do siebie przekonał przez lata. Może liczyć na koneksje, przysługi itp. Zapewne tego obawiają się niektórzy w środowisku artystycznym.

Podobnie wypowiada się p. Zielke w jednym ze swoich artykułów:

W mojej ocenie mogę już z całą pewnością stwierdzić (a udowodnię to w filmie), że Krzysztof Sadowski był kryty zarówno przez środowisko, jak i bardzo wpływowych ludzi w Polsce. Miał wśród przyjaciół znanych reżyserów, przedsiębiorców, polityków, sędziów, adwokatów, muzyków. Oczywiście nie wszyscy musieli wiedzieć o jego patologicznych skłonnościach i go kryć, ale samo to, że miał takich znajomych mroziło z pewnością zarówno ofiary, jak i ewentualne zakusy śledczych.

Horror dzieci z „Tęczy”, http://wispo.pl/?page_id=110

Co do koneksji politycznych, to w pewnym momencie social media chciały powiązać Sadowskiego z Kaczyńskim. Dla mnie to zbyt odległe i luźne powiązanie. Sadowski przez lata wiązał się zapewne z każdym, to był aktualnie przy władzy. Pewnie wtedy, gdy trzeba “być PiS” to jest PiS, a gdy trzeba “być PO” to jest PO. Tym nie mniej przez lata mógł sobie uzbierać istotne znajomości.

Oprócz wyżej wymienionych powodów, osoby, które milczały i milczą wciąż, mogą obawiać się, że spotka je gniew, wydalenie ze stowarzyszeń muzycznych albo nawet i pozwy prawne za ukrywanie zdarzeń i informacji związanych związanych z zabronionymi czynami.

Milczenie ofiar

Jeżeli chodzi ściśle o ofiary Sadowskiego a nie o środowisko artystyczne to warto przypomnieć, że te pokrzywdzone osoby nie wiedziały wzajemnie o sobie. Były psychicznie zdruzgotane i samotne, w poczuciu bezsilności. To poruszające, że – jak opisał to p. Zielke – cyklicznie wpisywały w Google “Sadowski pedofil” w nadziei, że kiedyś jednak ktoś jakoś odkryje prawdę. To poruszające, że jedynie w anonimowych komentarzach na krańcach Internetu wspominały o swojej krzywdzie. Przywołuję te komentarze, aby podkreślić, że to się naprawdę działo w przeszłości. To nie jest tak, że ofiary sobie “nagle” coś przypomniały i robią “skok na kasę”. Dwa stare komentarze z 2006 i 2012 roku pod profilem Marii Sadowskiej w serwisie http://musiq.pl:

jej ojciec lubi dzieci “stary pedofil” bylam w zespole “Tęcza”

2006 rok

ja też byłam molestowana przez krzysztofa sadowskiego w zespole tęcza… to strasznie smutne, że nigdy nie został ujawniony i skazany. a teraz ma małą wnuczkę…

2012 rok

Na koniec

Przypominam początkowy cytat z reprezentanta Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego do refleksji:

Mieliśmy dwie duże narady zarządu i rady oraz bardzo poszerzonej grupy muzyków, dziennikarzy i kolegów Sadowskiego – okazało się, że nikt o niczym nie wiedział. Szok jest potworny

I zachęcam do czytania komentarzy ludzi pod wszelkimi publikacjami dotyczącymi p. Sadowskiego. Jest to wspaniałe uzupełnienie publikacji p. Mariusza Zielke, które dla wielu osób wydają się być zbyt tajemnicze, za mało konkretne.

Dlaczego nie przejmuję się wirusami komputerowymi

Wiele lat temu porzuciłem stosowanie programów antywirusowych i przejmowanie się wirusami. Było to jeszcze zanim nastała era systemów komputerowych z domyślnym podstawowym antywirusem takich jak współczesne Windowsy. Dlaczego od tego odszedłem? Powody były dwa:

  1. Zrozumiałem dobrze którędy wirusy mogą dostać się do mojego komputera i przyjąłem takie reguły pracy, aby nigdy nie stworzyć możliwości zarażenia.
  2. Zaobserwowałem, że programy antywirusowe są bardzo obciążające dla pracy komputera i bardzo często przeszkadzają w sprawnym działaniu systemu.

Warto zauważyć, że w pewnym momencie niektóre antywirusy same stały się “wirusowe” – obciążały komputer znacząco a instalowały się niemalże potajemnie (np. McAffee dołączany cichcem do Flasha). Pojawiły się też w pewnym momencie programy szpiegujące, które udawały narzędzia do usuwania tzw. malware i adware, czyli “złośliwego oprogramowania”.

Wszystkiemu temu postanowiłem powiedzieć: nie.

Jakie są podstawowe zasady, które przyjąłem, aby chronić się przed wirusami? Oto one:

  1. W systemie operacyjnym należy wyłączyć tzw. autoodtwarzanie, czyli automatyczne uruchamianie programów z dysków CD, USB, kart pamięci i innych.
  2. Nie używać nielegalnego oprogramowania albo oprogramowania z podejrzanego źródła. Kiedyś nielegalne oprogramowanie było dosyć powszechne, bo jakoś mentalnie my w Polsce nie mogliśmy się szybko przestawić na legalność. Dzisiaj w zasadzie do każdego zadania można znaleźć legalny, darmowy software i to jeszcze open-source. Ważne jest jednak to, aby pobierać taki software z sensownego źródła, czyli np. strony internetowej autora czy producenta a nie z jakieś dziwacznej domeny “pobieram24h-programooosy.pl”. Swoją drogą, gro wirusów dawniej przenosiło się w crackach do gier. Dzisiaj szczęśliwie świat się zmienił i ludzie nie chcą nawet legalnej gry, jeżeli nie jest podłączona do platformy typu Steam czy podobnej. Legalne i płatne oprogramowanie znalazło sposób na bycie atrakcyjniejszym niż nielegalne.
  3. Należy utrzymywać aktualne wersje oprogramowania. Nie tylko przeglądarek internetowych, ale też każdego, które ma związek z danymi pochodzącymi z sieci. Czyli: czytnik PDF-ów, arkusz kalkulacyjny, edytor tekstu.
  4. Należy mieć włączone wyświetlanie na rozszerzeń plików w systemie Windows. Jest to ważne, bo jeżeli szukamy dokumentu PDF albo Word a dostajemy plik z rozszerzeniem EXE, BAT, COM czy CMD, to od razu powinno to wzbudzić niepokój – rzekłbym nawet, że zwykły użytkownik powinien taki plik usunąć natychmiast. Znajomość rozszerzeń plików to istotna wiedza, warto ją nabyć i nie polegać na uproszczeniach, które w tym zakresie oferują niektóre systemy operacyjne i aplikacje.
  5. Należy pilnować się w Internecie. W szczególności dotyczy to chyba poczty elektronicznej i jej rozmaitych załączników. Po pierwsze, musimy widzieć rozszerzenia załączników i je oceniać tak jak przy zwykłych plikach. Po drugie, musimy ocenić źródło maila i samego maila. Czy źródło jest znane, podejrzane? Czy mail jest jakiś niespodziewany, niezamówiony, sensacyjny, nawołujący do podjęcia jakieś akcji typu “kliknij w link”, “otwórz załącznik”? Jeżeli tak, to należy mieć się na baczności.

To powyżej to są podstawowe zasady. Oprócz nich mam kilka bardziej technicznych trików polegających na wyłączaniu lub blokowaniu pewnych zaawansowanych możliwości systemu operacyjnego, aby utrudnić działanie takiego wirusowi-spryciarzowi, który by się jednak przedostał. Wydaje mi się jednak, że powyższe pięć zasad na czasy współczesne zupełnie wystarcza.

Kiedy być może warto mieć antywirusa? Gdy współdzielisz komputer z użytkownikami, którym nie można zaufać, którzy nie stosują się do wskazanych reguł bezpieczeństwa. Zamiast antywirusa można próbować ograniczyć uprawnienia tych osób, ale nie wydaje mi się, aby to było wystarczalne.

List do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

Kilka dni temu wysłałem do PSJ e-mail z kilkoma pytaniami, które nasunęły mi się w kontekście afery medialnej wokół Krzysztofa Sadowskiego. Dzisiaj otrzymałem uprzejmy e-mail od p. Piotra Rodowicza, który informuje ogólnie o stanowisku PSJ wobec afery oraz – niestety – nie tylko nie zawiera odpowiedzi na żadne z zadanych przeze mnie pytań, ale też nie zawiera informacji kiedy w ogóle można by się takich odpowiedzi spodziewać, gdyż “sytuacja prawna, medialna i prokuratorska sprawia”, że PSJ nie jest w stanie odpowiedzieć.

Zachęcam do lektury mojego listu i przesyłania ewentualnych sugestii co jeszcze można do niego dołożyć, ponieważ za jakiś czas (dam im chwilę na “odsapnięcie”) wyślę go ponownie, ale tym razem w trybie dostępu do informacji publicznej korzystając z moich konstytucyjnych uprawnień, o czym uprzejmie uprzedziłem p. Piotra odpowiadając na jego wiadomość.

(Pod treścią listu jest jeszcze jeszcze kilka słów komentarza ode mnie na temat Sądu Koleżeńskiego PSJ, bo to może być nie niejasne w liście.)

Treść listu

Szanowni Państwo,

Piszę do Państwa poruszony ostatnio nagłaśnianą przez media sprawą Krzysztofa Sadowskiego, byłego prezesa PSJ. W zasadzie jest kilka spraw o które chciałbym Państwa oficjalnie zapytać i myślałem nawet o tym, aby do Państwa podejść na Krakowskie Przedmieście, ale nie widzę na Waszej stronie podanych godzin, w których ktoś tam jest obecny, ani nie widzę żadnego numeru telefonu. Piszę więc na podany adres e-mail.

Sprawa nr 1: Informacja publiczna

Skoro pobieracie Państwo dotacje ze środków publicznych to powinniście mieć Biuletyn Informacji Publicznej. To wymóg prawny. Gdzie on jest?

Sprawa nr 2: Zgłoszenie potencjalnie popełnionych przestępstw do prokuratury

Za pośrednictwem serwisu Facebook można zapoznać się ze sprawozdaniem z audytu PSJ z końca 2015 roku oraz przeczytać list otwarty z 2016 roku. Jest też artykuł w Gazeta Polska Codziennie autorstwa Piotra Iwickiego, który zasiadał w nowym zarządzie PSJ i który ukazuje te sprawy z dodatkowymi szczegółami. Treść obu dokumentów oraz artykułu jasno wskazuje na liczne nieprawidłowości w tym jak Zarząd PSJ pod wodzą Krzysztofa Sadowskiego zarządzał Stowarzyszeniem. Nieprawidłowości noszą mocne znamiona łamania prawa. 

Moje pytania do Państwa brzmią: czy którykolwiek z zarządów, które nastały po ustąpieniu p. Sadowskiego, zgłosił nieprawidłowości lub też podejrzenie popełnienia przestępstwa do odpowiednich organów państwowych? Jeżeli tak, to jak to się dalej potoczyło? Jeżeli nie, to jakie były tego powody zaniechania zgłoszenia? Oraz jeżeli nie, to czy planujecie Państwo niezwłocznie zgłosić te działania do stosownych instytucji?

Z dzisiejszego punktu widzenia, tj. na tle oskarżeń p. Sadowskiego o pedofilię oraz rzekomego opłacania milczenia pokrzywdzonych osób pokaźnymi sumami pieniędzy (nawet 100 tys. na osobę jak oddzielnie raportował Mariusz Zielke oraz Duży Format), zasadne jest pytanie, czy p. Sadowski poprzez PSJ i powiązaną Fundację Jazz Jamboree albo może i inne powiązane osoby prawne nie wyprowadzał pieniędzy publicznych.

Linki do wymienionych wyżej dokumentów:

  1. Sprawozdanie z audytu: https://www.facebook.com/groups/165135820189250/permalink/1012099432159547/
  2. List otwarty: https://www.facebook.com/PolskieStowarzyszenieJazzowe/photos/a.505044172848117/1274095772609616
  3. Artykuł w GPC: https://gpcodziennie.pl/49603-jazzmanipowiedzielinie.html

Sprawa nr 3: Relacje między podmiotami

Proszę o krótkie wyjaśnienie jakie są relacje między następującymi bytami:

  1. Polskie Stowarzyszenie Jazzowe;
  2. Fundacja Jazz Jamboree;
  3. For Jazz sp. z o.o.;
  4. Agencja Koncertowa “Polskie Stowarzyszenie Jazzowe” Maja Wardyńska (jednoosobowa działalność, obecnie zlikwidowana po śmierci właścicielki na początku 2019 roku).

Dodatkowo, mam pytanie odnośnie oficjalnego konta mailowego PSJ, które było używane za czasów prezesury Krzysztofa Sadowskiego. Było to konto “psj@wp.pl” i było używane zarówno jako oficjalny kontakt do PSJ jak i do Fundacji Jazz Jamboree. Wydaje się też, że funkcjonowało on jako konto prywatne p. Sadowskiego. Czy dostęp do tego konta pocztowego został Wam przekazany po ustąpieniu Krzysztofa Sadowskiego z funkcji prezesa?

Sprawa nr 4: Sąd Koleżeński

Wraz z doniesieniami medialnymi o rzekomo pedofilskich czynach Krzysztofa Sadowskiego zawiesiliście go Państwo w prawach członka. Czy wyjmuje go to spod podległości pod Sąd Koleżeński? Jeżeli nie, to zgodnie z par. 36 Statutu należy ocenić działalność Krzysztofa Sadowskiego pod kątem naruszenia norm etyki zawodowej i społecznej.

Być może ze względu na wskazane w publikacjach p. Mariusza Zielkego powiązania pomiędzy Krzysztofem Sadowskim a Krzysztofem Karpińskim i Jerzym Stępniem, należałoby tych Panów odsunąć od orzekania w Sądzie. A nawet nie biorąc pod uwagę tych publikacji, to obaj Panowie pełnili funkcje zarządcze za czasów prezesury p. Sadowskiego. Nie powinni orzekać w swojej własnej sprawie.

Czy regulamin Sądu Koleżeńskiego jest dostępny do wglądu i mógłbym się z nim zapoznać?

Uprzejmie proszę o odpowiedź na przedstawione powyższe pytania. 

Dodam, że nie jestem dziennikarzem, prawnikiem, niczyim pełnomocnikiem i nie reprezentuję  prawnie żadnej z osób pokrzywdzonych przez p. Sadowskiego. Chcę zrozumieć tło bulwersujących doniesień medialnych. Uzyskane od Was informację mogę chcieć ujawnić innym osobom albo nawet zupełnie publicznie, jeżeli uznam to za słuszne, bo uważam, że dotykamy sfery spraw publicznych i ważnego interesu społecznego.

Jeżeli odpowiedź na mojego maila miałaby długo potrwać, proszę o informację w czym problem i kiedy można się jej spodziewać.

Pozdrawiam,
Grzegorz Kowalski

Dodatkowy komentarz

Akapit dotyczący Sądu Koleżeńskiego może się wydawać niezrozumiały, więc wyjaśnię w czym rzecz. Najpierw zajrzyjmy w ostatni akapit oświadczenia PSJ:

Mamy tam informację, że Zarząd zawiesił członkostwo Krzysztofa Sadowskiego. Tymczasem Statut PSJ nie mówi nic o możliwości zawieszaniu członkostwa przez kogokolwiek. Paragrafy 18 i 19 opisują, że członkostwo można jedynie stracić. Stąd jeżeli Zarząd stwierdza, że KS jest “zawieszony” to po pierwsze nie znaczy to zupełnie nic, bo nie ma takiego czegoś jak “zawieszenie”, a po drugie omijana jest właściwa, określona statutem ścieżka postępowania przez Sąd Koleżeński lub sądy powszechne. Nie wydaje się to w porządku. Wygląda to medialnie ładnie, ale po zajrzeniu w Statut pozostaje niesmak. Z drugiej strony może być to próba ominięcia problematyki potencjalnie stronniczego składu Sądu Koleżeńskiego.

Moje narzędzia pracy w 2019 roku

W ślad za podobnym postem z 2017 roku chciałbym przedstawić co najczęściej pojawia się w mojej codziennej pracy.

Systemy operacyjne

Najczęściej Windows 10 oraz Windows 7 do prac w środowisku graficznym. Do prac innego rodzaju – a w szczególności prac serwerowych – Linuxy. Najczęściej CentOS 6/7, rzadziej Ubuntu i jego warianty.

Oprogramowanie

  • Za menedżer plików w systemie Windows służy mi darmowy Double Commander. W Linuxach nie korzystam z żadnego specjalnego menedżera. Jeżeli czegoś nie chce mi się wypisywać z linii poleceń to stosuję prosty webowy menedżer zawarty w Webmin.
  • Klient bazy danych dla Windows to HeidiSQL. Z poziomu Linuxa po prostu polecenie mysql. Gdy się nie da inaczej, używam webowego phpMyAdmin lub Adminer. Ostatnie lata skierowały mnie w zasadzie głównie do pracy z MySQL i MariaDB. Gdzieś się zapodziały Oracle i PostgreSQL.
  • Do przesyłu plików tylko WinSCP.
  • Do pracy przez SSH tylko PuTTY z dodatkiem Pageant jako że preferuje łączenie z użyciem kluczy SSH nad loginy i hasła. Takie połączenie jest wspierane przez HeidiSQL i WinSCP. Poza tym, często korzystam z tunelowania SSH i wymienione narzędzia dobrze je wspierają.
  • Do wersjonowania kodu: tylko git i do wygodnej pracy desktopowej GitHub for Desktop. Naturalnie na Linuxach git z linii poleceń. Wykupione płatne konto w GitHub.
  • Edytory kodu: w środowisku desktopowym najczęściej Atom a gdy się nie da to Notepad++. W najgorszym wypadku może być cokolwiek, np. Notatnik. Nie przeszkadza mi brak kolorowania składni czy innych bajerów. W systemach Linux przekonałem się natomiast do Vim.
  • Przeglądarki internetowe bardzo standardowe: Chrome, Firefox, Edge.
  • Do prac graficznych: IrfanView oraz Paint.Net.
  • Do różnych diagramów wykorzystuję yEd.
  • Menedżer haseł: KeePass 2.
  • Do prac z webservice’ami: SoapUI. Nowe wersje trochę działają chyba inaczej (gorzej?) niż starsze, ale SoapUI używam i tak wtedy, gdy naprawdę już nie chce mi się napisać kodu albo muszę coś bardzo szybko sprawdzić.
  • Obsługa kontenerów – docker z linii poleceń, ale częściowo webowa obsługa z użyciem Portainer . Szczególnie użyteczne przy rożnego rodzaju dziedziczonym kodzie, ale nie tylko. Kontenery dużo porządkują.

Frameworki i języki programowania

  • Ostatnie lata to głównie PHP z okazjonalnym pojawianiem się jakiś odmian Javy, Pythona i innych takich. Tym nie mniej przyszłość rysuje się bardzo PHP-owo.
  • Stawiam Laravel ponad Symfony.
  • Arkusze stylów: SASS.
  • VanillaJS ponad jQuery i inne takie, chociaż nie zawsze się da, bo nie działając w zespole nie każdy ma chęć pisać w czystym JS.

Inne

  • Rejestracja domen: od lat w gnum.pl. Ceny mają najlepsze, ale trzeba się pilnować, bo czasami wyślą powiadomienie o wygasaniu a czasami nie.
  • Certyfikaty SSL – Let’s Encrypt wszędzie, gdzie to możliwe.

Osa na dłoni

Czasami tęsknię do trzymania osy na dłoni.

Gdy byłem dzieckiem wszyscy przestrzegali mnie przed pszczołami i trzmielami, ale jakoś nikt nigdy nie twierdził, że osy są groźne, więc żyłem w przeświadczeniu, że osy nie żądlą i że w ogóle są to fajne owady, takie kolorowe i raczej wesołe. Zaliczałem je do tak samo niegroźnych stworzeń jak muchy, motyle czy ćmy. Jakoś nigdy nie pokojarzyłem, że paskowany odwłok coś może oznaczać. Gdy więc osa wpadała do domu to podchodziłem, brałem ją delikatnie na dłoń, aby nic jej nie zrobić i spokojnie wynosiłem ją na zewnątrz mając poczucie życia w przyjaźni i zgodzie. Czyniłem tak wiele, wiele razy. Pewnego razu, gdy miałem już może 15 lat zauważył to mój tata i zaskoczony krzyknął, że co ja wyprawiam i że zaraz mnie osa użądli. Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem, powiedziałem, że przecież osy nie żądlą i spokojnie wyniosłem ją z domu. Później jednak doszło do mnie, że ton głosu taty nie był wcale żartobliwy i sprawdziłem w stosownych źródłach, że osy jednak żądlą. I wtedy zrodziło się we mnie przerażenie, które sprawia, że do dzisiaj nie miałem żadnej osy w ręku i jakaś nerwowość we mnie wstępuje, gdy widzę taką. Wcale nie czuję się z tym dobrze. Czuję, że coś fajnego i ważnego zostało mi odebrane. Bo fajnie było się tak kumać z osami.

Jak nie urazić uczuć religijnych wyznawców RODO

Dla osób początkujących, które próbują wejść w sekciarską społeczność złożoną z prawdziwych lub rzekomych IOD-ów, samozwańczych ekspertów-praktyków oraz dumnych prawników-znawców “świętych pism”, oto mały poradnik, aby było jasne jak dochodzi do urażenia uczuć religijnych i jak tego uniknąć.

  • Wszyscy piszą “RODO”, chociaż powinno być “OROD”, bo od “Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”, ale użycie skrótu OROD narazi na drwinę;
  • Uczucia religijne wielu zostaną urażone liczbą pojedynczą “dana osobowa” zamiast mnogiej “dane osobowe”;
  • Wielka drażliwość zostanie wzbudzona stosowaniem terminu Inspektor Ochrony Danych Osobowych (IODO) zamiast Inspektor Ochrony Danych (IOD) – ten zupełnie nieistotny problem nazewniczy został wywindowany do takiej rangi, że przemianowano całe organizacje i społeczności, gdy tymczasem rozporządzenie ministerialne co do klasyfikacji zawodów się tym wcale nie przejęło.
  • Wszyscy piszą “umowa powierzenia” zamiast “umowa przetwarzania danych w imieniu administratora”, bo wielu mentalnie pozostało w UODO’97 a inni są leniwi – gdy tymczasem w RODO termin “powierzenie” ma zupełnie inne znaczenie i stosowanie go jest błędem;
  • Wszyscy używają terminu “klauzula informacyjna” wobec informacji administratora na temat przetwarzania danych, chociaż termin ten jest zupełnie niepoprawny z każdej możliwej strony – co więcej, tę niepoprawność nawet próbujemy eksportować za granicę!
  • Niektórzy zamiast “klauzula informacyjna” wolą “obowiązek informacyjny”, co jest wyborem mniejszego zła, ale jednak zła;
  • Wszyscy piszą “ADO” jako że niby skrót od “Administrator Danych Osobowych”, chociaż nie ma takiego terminu w RODO – chodzi po prostu o administratora;

Warto odnotować, że charakterystyczną cechą polskich interpretacji RODO jest to, że gdy RODO nie pasuje do interpretacji to tym gorzej dla RODO. Stąd, ponieważ za czasów Starego Przymierza z 1997 roku umowy powierzenia były mile widziane, to za Nowego Przymierza z 2018 roku w dobrym tonie jest unikać umów przetwarzania w imieniu administratora i wszystko sprowadzać do tzw. relacji ADO-ADO. W ogóle, bo nie tylko w tym wypadku, elegancko jest pomijać przepisy, czytać je połowicznie, wybiórczo, pomijać kwestie gramatyki, przedkładać motywy nad artykuły, opinie nad prawo etc. Wszyscy tak robią: od najmniejszych aż po UODO. No a w złym tonie jest przypominać o przepisach i burzyć spokój uznanych interpretacji. Przykładowo w kontekście sporu ADO-PP vs ADO-ADO nieładnie jest przywoływać np. art. 28 ust. 3 lit. g), który jednak pozwala podmiotom przetwarzającym na pozostawienie sobie danych pomimo decyzji administratora o ich usunięciu. Albo innym przykładem wybiórczego czytania, ale dotyczącym zadań Inspektora, jest powszechna w PL nadinterpretacja art. 39 ust. 1 lit. b), że powinien on zarazem prowadzić szkolenia i “audytować RODO”. Prowadzenie szkoleń wpływa system bezpieczeństwa, więc późniejsze jego audytowanie to de facto audytowanie swojej własnej pracy. (Aczkolwiek tutaj warto wspomnieć, że np. normy ISO już wiele lat temu wycofały się z wymogu, aby audytor nie audytował swojej własnej pracy.)

Dlaczego nie jesteśmy maszynami?

Rozwój technologii, pojawianie się rozmaitej “sztucznej inteligencji” oraz fantazja twórców science-fiction mogą prowadzić do pytań: czy kiedykolwiek stworzymy inteligentne, świadome maszyny? Albo czy my sami jesteśmy jakimś rodzajem maszyny?

Osoby bez wykształcenia informatycznego oglądając takie seriale jak “Westworld”, które sugestywnie ukazują inteligentne maszyny jako rodzaj istot świadomych, mogą ulec przeświadczeniu, że maszyny mogą stać się świadome. Nie jest to możliwe i zaraz wyjaśnię dlaczego. Najpierw jednak rozważmy pewien obszar styku pomiędzy maszynami, organizmami żywymi oraz nami, ludźmi, w szczególności – widzenie obrazów.

Osoby bez wykształcenia informatycznego czasami pytają: jak to jest możliwe, że komputery mogą przetwarzać obrazy czy dźwięki? Jak można zamknąć obraz ze świata – może to być obraz ruchomy, film, 3D – w postaci jakiegoś mikro-pojemnika na dane i później to wyświetlać w różnych wspaniałych rozdzielczościach, kolorach i efektach?

Odpowiedź brzmi: zachodzi w tym wszystkim pewne oszustwo. W tym oszustwie biorą udział dwie strony: komputer oraz ludzki umysł. Komputer przetwarza dane na temat obrazów jako zbiór kolorowych punktów. Tych punktów może być sto, milion, miliard – bardzo różnie. Zawsze jednak są to po prostu pewne punkciki, które ułożone obok siebie na ekranie będą jawić się ludzkiemu obserwatorowi jako pewna całość, jakieś kształty.

Pomiędzy ekranem a umysłem ludzkim jest po drodze jeszcze oko i mózg. Obraz z ekranu monitora oko odbiera za pomocą pewnej liczby specjalnych światłoczułych komórek zwanych pręcikami i czopkami. Jest ich wiele, ale są policzalne. Może ich być sto, milion, miliard – bardzo różnie. Zawsze jednak są to po prostu pewne komórki, które ułożone obok siebie na dnie oka przechwytują obraz z punkcików monitora i przekazują do mózgu.

W mózgu znajdują się sieci komórek nerwowych. Komórek tych jest wiele, pełnią różne funkcje. Ponownie może ich być sto, milion, miliard – bardzo różnie. Ponownie opracowują one pewne policzalne impulsy elektryczne. Tych też może być sto, milion, miliard – bardzo różnie.

I na końcu dzieje się coś zupełnie innego niż dotychczas. Z tych komórek mózgowych w jakiś sposób nieznany nauce informacja trafia do czegoś, co nazywamy umysłem, co jest jakościowo bardzo, bardzo inne, niż wszystko co do tej pory w tym procesie omówiliśmy. Jest inne, bo… zdaje się nie operować na policzalnych punktach, komórkach, impulsach. To, co widzi “oko umysłu” nie jest złożone z drobinek czegokolwiek. Zdaje się być zbudowane z ciągłości. Z ciągłych obszarów, linii, zawsze połączonych i tworzących jakąś całość.

Oto bowiem cechą umysłu jest to, że z rozdzielonych elementów wytwarza on postrzeżenie świata jako ciągłego.

Linia rozdzielnych punkcików na ekranie monitora wydaje nam się być linią ciągłą.

Zmieniające się klatki filmu – 25 klatek na sekundę – nagle uzyskują iluzję ruchu.

Umysł odbiera też pewne kombinacje kolorów, które w sensie fizycznym nie mają długości fali. Oznacza to, że te kolory, jako fale elektromagnetyczne, nie istnieją w świecie fizycznym.

One istnieją, wyłącznie w odbiorze umysłu.

Takimi kolorami są np. różowy, brązowy.

Z drugiej strony, w świecie fizycznym istnieją długości fal, których nie widzimy: podczerwień, nadfiolet. Nie widzimy ich z powodu ograniczeń ludzkiego oka. Nie wiemy czy umysł ludzki mógłby widzieć te barwy i jakby wyglądały. Wiemy, że niektóre zwierzęta mają zdolność widzenia szerszego spektrum fal elektromagnetycznych.

Inny, zdumiewający przykład ciągło-twórczej zdolności umysłu, to zamaskowanie braku obrazu z obszaru tzw. ślepej plamki. W naszym oku jest bowiem miejsce, które nie ma czopków i pręcików – czyli oko tym miejscem nie spostrzega niczego. Mimo to, nie widzimy “dziury” w naszym obrazie! Są proste ćwiczenia pozwalające praktycznie przekonać się o tym.

Wychodząc poza obszar widzenia: tak samo jest np. z dźwiękiem. Dźwięk z komputera to rozdzielne impulsy. Umysł potrafi je połączyć w muzykę.

Gdy komputer, bio-mechaniczne elementy oka czy mózgu, przetwarzają “dane” o świecie, to są one nie-ciągłe oraz surowe. W jakiś sposób przechodząc z mózgu do umysłu ulegają one “przetłumaczeniu” na zjawiska ciągłe.

Nie wiemy jak do tego dochodzi. Nie wiemy czym jest umysł, który bez wątpienia doświadczamy. Nie potrafimy w najmniejszym stopniu do zrekonstruować mechanicznie. Nasze maszyny nie mają natury ciągłej. One wszystkie informacje przetwarzają jako drobinki informacji, rozczłonkowane dane. Nigdy nie dzieje się inaczej. (Niektóre maszyny do pewnego stopnia symulują pewne ciągłości dokonując matematycznych transformat, ale u podstaw i tak zawsze są rozdzielne zera i jedynki.)

To, że maszyny potrafią współcześnie być obdarzone możliwościami przypominającymi ludzkie, nie powinno dziwić. Ludzkie ciała do pewnego stopnia są dosyć mechaniczne. Niewątpliwie będziemy potrafili konstruować maszyny będące jak ludzkie oko (już potrafimy: aparaty, kamery) oraz jak zbiory komórek mózgowych – to są właśnie sieci neuronowe. Nie wiemy jednak nic na temat “konstruowania umysłu”.

Warto zauważyć, że w kontekście maszyn nie jest wiadomo do czego takowy umysł miałby im służyć. Warto zauważyć, że można zadać to pytanie w inną stronę: do czego umysł służy ludziom? Do czego nam jest potrzebne doświadczanie świata w ciągłości? Po co nam widzieć pewne kolory? Można zadawać wiele pytań, aby na końcu zadać: po co nam być świadomymi? Umysł tłumacząc rozproszone dane na ciągłości zdaje się tworzyć nas samych – z tych naszych policzalnych komórek mózgowych, policzalnych impulsów, myśli, wytwarza wrażenie ciągłego ja. Pytanie brzmi: po co? Po co jesteśmy? Dlaczego doświadczamy siebie, własnego istnienia? Czy jest ono iluzoryczne tak jak ruch z 25-klatkowego filmu? Jeżeli tak, to kto jest tą iluzją istnienia oszukany?

Wracając do pytania tytułowego: nie jesteśmy maszynami, bo jakkolwiek nasze fizyczne istnienie posiada pewne “mechaniczne” atrybuty, to posiada też niereplikowalny, niekonstruowalny aspekt zwany umysłem, który zdaje się m.in. zajmować tłumaczeniem danych nie-ciągłych na ciągłe. Nie tylko nie możemy maszynom takiego dotworzyć – nie mamy nawet żadnego powodu, aby to zrobić, bo nie wiemy co miałoby to maszynom dać. Sami nie do końca wiemy, po co my go mamy.

Dana i datum w informatyce

Ostatnie dwa wpisy poświęciłem tematyce pojedynczej “danej” głównie w kontekście danych osobowych. Natomiast chyba warto też wskazać gdzie słowo “dana” oraz “datum” występują w informatyce.

Bazy danych

Na początek warto zaznaczyć, że informatyka jest bardzo obszerną dziedziną. Dwóch informatyków może mieć niewielkie pojęcie o swoich własnych niszach nawet jeżeli obaj tworzą elementy tego samego systemu. Przykładowo, programista może mieć szczątkową wiedzę na temat teorii baz danych. Z drugiej strony, administrator baz danych może mieć szczątkową wiedzę o programistycznej podbudowie silnika bazodanowego, na którym działa baza, którą administruje.

No ale do rzeczy.

Mówi się raczej powszechnie o “danej liczbowej”, “danej całkowitej”, “danej tekstowej” czy “danej typu tekstowego”. Rzadziej się słyszy o “danej elementarnej”. W bazach danych występuje abstrakcyjna dana – np. w bazach Oracle jest oracle.sql.Datum z którego dziedziczą wszystkie typy danych:

The root of Oracle native datatype hierarchy.

W PostgreSQL wewnętrzny typ danej abstrakcyjnej (widoczny z poziomu języka C) to “Datum” (zdefiniowana w postgres.h, funkcje do jej obsługi są w datum.h) .

 /* A Datum contains either a value of a pass-by-value type or a pointer to a value of a pass-by-reference type. Therefore, we require:
sizeof(Datum) == sizeof(void *) == 4 or 8
The macros below and the analogous macros for other types should be used to convert between a Datum and the appropriate C type. */

typedef uintptr_t Datum;

W GDBM również podstawowa struktura bazodanowa to “datum”.

The basic unit of data in gdbm is the structure:

typedef struct { char *dptr; int dsize; } datum;

Zresztą, drugi postulat Codd’a, twórcy modelu baz relacyjnych, posługuje się “datum”:

“Each and every datum (atomic value) in a relational data base is guaranteed to be logically accessible by resorting to a combination of table name, primary key value and column name.”

Teoria informacji

Pojęcie “danej” znalazłem ostatnio przypadkiem będąc w bibliotece w książce “Informacja” autorstwa prof. dr hab. Bogdana Stefanowicza, wydanie I, 2004 rok. Poniżej fragmenty:

Pojawia się ono także kilkukrotnie w innych publikacjach tego autora, np. w dostępnej online “Informacja. Wiedza. Mądrość” z 2013 roku.

Słownik angielsko-polski

Przeglądając książki na półce znalazłem stary słownik polsko-angielski przeznaczony dla informatyków z 1990 roku. A w nim “datum” jako “dana”. Poniżej zdjęcia.

“Datum” (liczba mnoga od “data”) znaczy “dana”

Dana osobowa – czy istnieje lub mogłoby istnieć takie coś?

Inspiracją do tego tekstu była dla mnie prezentacja “Informatyk czyta GDPR/RODO” dr inż. Wacława Iszkowskiego znaleziona na serwerach UODO oraz dyskusje w grupie facebookowej Forum Inspektorów Ochrony Danych Osobowych.

Datum

W sensie prawnym istnieje u nas w Polsce tylko definicja “danych osobowych” (liczba mnoga). Natomiast tak w ogóle funkcjonuje “dana” (np. w naukach matematycznych i informatycznych dana, dana liczbowa, całkowita), słowo odziedziczone z łaciny i oznaczające “fakt”, “informację”, “przesłankę”. W języku angielskim, też z łaciny, stosowano i wciąż się stosuje, ale bardzo rzadko, pojedyncze “datum“. W angielskim wiele słów utraciło liczbę pojedynczą albo nigdy jej nie miało, a u nas ją ma – np. “information” jest rzeczownikiem niepoliczalnym a u nas policzalnym i my swobodnie mówimy “informacja” i “informacje”.

Personal datum

U nas po polsku daną osobową mogłaby być np. najmniejsza niepodzielna identyfikująca informacja np. numer PESEL. Danymi zaś nazwalibyśmy PESEL plus imię, nazwisko, adres. Wiele osób intuicyjnie tak się posługuje słowami “dana” i “dane” – można tego doświadczyć w Internecie.

Zajrzałem na szybko w Google, aby zweryfikować, czy angielskie pojedyncze “datum” jest obecnie stosowane konkretnie do danych osobowych. No i jest stosowane, aczkolwiek rzadko. Tym nie mniej można je spotkać w artykułach, książkach, regulaminach i innych typach publikacji. 

Przykłady poniżej (starałem się dobrać po jednym przykładzie publikacji innego typu).

W świeżym artykule “What If Banks Were the Main Protectors of Customers’ Private Data?” z 20 listopada 2018 roku Harvard Business Review napisało:

“A company that collects more data than it really needs is unnecessarily generating more risk because each PERSONAL DATUM is the object of a potential leak or lawsuit.”

W publikacji “Privacy, Reputation, and Trust: Some Implications for Data Protection” Giovanni Sartor z Wydziału Prawa na European University Institute we Florencji kilkukrotnie pisze o “personal datum”.

W książce “European Data Protection: Coming of Age” wydanej w 2012 roku i poświęconej tematyce ochrony danych osobowych w Europie kilkukrotnie pojawia się “personal datum”.

W 1997 roku (aby wskazać też i starsze publikacje) the Independent opublikował artykuł o znamiennym tytule “Without strong encryption, government can pretty reliably track virtually every PERSONAL DATUM we possess“.

Na stronie internetowej lotniska w Montpellier znajduję natomiast “General Terms and Conditions of Use” a tam: 

“What is that a personal datum? A personal datum is a datum which allows to identify directly or indirectly a person: name, first name, mailing address, e-mail address…(…) Montpellier Méditerranée Airport can be brought to collect personal datum during your navigation on the website”

(Montpellier jest we Francji, ale to tylko przykład – takich regulaminów z różnych stron świata mających “personal datum” widziałem więcej, ale nie wpisałem wam tutaj to, co miałem pod ręką.)

Artykuł 23 w “The Use of Nominative Data in Computer Processing Act” z 31 marca 1979 roku, Wielkie Księstwo Luksemburga, nazywa przesyłaną informację o osobie terminem “datum”.

Inny przykład: w treści patentu amerykańskiego nr US20090327420A1 zatytułowanego “Controlled sharing of personal data” znaleźć można wiele wystąpień “personal datum”.

Za pomocą Google możecie znaleźć więcej publikacji odnoszących się do “personal datum”. Niektóre dosyć ciekawe, bo różnie interpretujące to, czym jest pojedyncze “datum” – czasami jest to najmniejsza “dana” osbobowa (tak jak to zaproponowałem wyżej) a czasami zbiór danych dotyczący tylko jednej osoby (wówczas “personal data” odnosi się do zbioru danych więcej niż jednej osoby).

Dana vs szukana

Niektórzy odbierają słowo “dana” w zestawieniu ze słowem “szukana” – tak po szkolnemu.

I słusznie!

Słowo “dane” pochodzi od określania w zadaniach matematycznych tego, co jest znane, przyjęte, “podane” – w odróżnieniu od tego, co jest nieznane, “szukane”. To jest matematycznie antyczna tradycja nazewnicza. Jest dziełko Euklidesa z II wieku p.n.e., które nazywa się po grecku “Dedomena”, co się tłumaczy na angielski (i widziałem też tak przetłumaczone na polski!) jako właśnie “Data“, ci znaczy dosłownie “dane”. Nazwa jest stąd, że tam dosłownie co drugie zdanie Euklides opisuje, ze coś jest właśnie “dane” 
(czytałem przekład angielski, tam jest wszędzie “given”): “kąt między liniami jest dany”, “koło ma daną pozycję i rozmiar”. W języku polskim “dany”, “dana”, “dane” stało się rodzajem przymiotnika podczas gdy w języku np. angielskim był to rzeczownik, odpowiednik naszego “faktu” albo “przesłanki”.

Piękne matematyczne słowniki sprzed lat można znaleźć w Google Books, które opisują i tłumaczą pojęcia datum i data. Polecam znaleźć i poczytać!

Ciąg dalszy

Zobacz też kolejne moje wpisy w tej tematyce:

Geolokalizacja z dokładnością do sali uczelnianej

Dzisiaj z uczelni miałem jechać tramwajem coś załatwić niedaleko Arkadii, więc użyłem aplikacji Jak Dojadę do wyszukania trasy i zaskoczyło mnie, że aplikacja bazując na danych z czujnika GPS określił automatycznie moją lokalizację z dokładnością do pokoju w budynku uczelni: “Newelska 6/pok. 421”. :-O

Nie wiedziałem, że to aż tak można być zlokalizowanym!