Strona główna » Blog » Bez kategorii

Kategoria: Bez kategorii

Alternatywy dla SPSS

Rozglądałem się ostatnio za alternatywami dla SPSS, czyli za graficznymi programami do przeprowadzania analiz statystycznych (w odróżnieniu od niegraficznych, czyli od R). Warunek jest taki, że powinny być darmowe i albo podobne do SPSS albo przyjazne. Zebrałem krótką listę do sprawdzenia. Może komuś się przyda.

  • PSPP – pakiet dążący do maksymalnej zgodności z SPSS aczkolwiek chyba głównie pod kątem języka deklaratywnego. Podobno względnie odpowiadać ma wersji podstawowej SPSS. Istnieje polski darmowy podręcznik skierowany do politologów z użytkowania programu. PSPP ma tłumaczenie na język polski przygotowane przez Radosława Rogozę i Jana Cieciucha.
  • BlueSky Statistics (edycja Open Source) – anglojęzyczna nakładka na R, ale zbudowana jako samodzielny pakiet. W Internecie jest anglojęzyczna recenzja, dosyć pozytywna.
  • Rcmdr – nakładka graficzna na R, można zapoznać się z jej anglojęzyczną recenzją.
  • RKWard – nakładka graficzna na R, podobno niektórym lepiej się jej używa niż Rcmdr, aczkolwiek w niektórych aspektach jest bardziej skomplikowana i “programistyczna”.
  • Jamovi – anglojęzyczna nakładka na R i chyba też Pythona zbudowana jako samodzielny pakiet. Zaskakuje interfejs użytkownika, który wygląda bardzo współcześnie, zupełnie nie jest typowy program statystyczny. Jest pastelowy, wygląda bardzo prosto skrywając swoje funkcjonalności w zgrupowanych menu czy w wysuwanych panelach. Ktoś bardzo zadbał o wrażenie prostoty. Nawet instalator wymaga jedynie jednego kliknięcia w “Instaluj”.
  • JASP – anglojęzyczna nakładka na R. Współczesny interfejs użytkownika oraz wizualna prostota, ale nie tak radykalnie jak Jamovi.

Z perspektywy zwykłego użytkownika zapewne to, co będzie ważne, to następujące aspekty:

  • Edytor danych – bezpośrednie “dotykanie”, modyfikowanie, działanie z danymi;
  • Zarządzanie danymi – przekodowywanie i różne transformacje wykonywane w przystępny sposób;
  • Zasób funkcjonalności dostępnych z poziomu okien dialogowych i menu.

Być może ja albo żona znajdziemy czas na ocenę tych pakietów. Na tę chwilę jedynie prezentuję ich listę.

Wątek polski w dochodzeniu w sprawie arcybiskupa McCarricka

W “rozgrywkach watykańskich” wokół skandali seksualnych w Kościele Katolickim dotyczących USA oraz państw Ameryki Południowej zaczyna niespodziewanie pojawiać się polski wątek.

Najpierw przypomnienie: ~2 miesiące temu arcybiskup Vigano wezwał Papieża do zwiększenia transparentności Kościoła, rezygnacji ze stanowiska, oczyszczenia hierarchii kościelnej z wewnętrznej mafii (tzw. “homolobby”) i przy okazji wytłumaczenia m.in. sprawy rzekomej protekcji ex-kardynała McCarricka, który miał się dopuszczać różnych niegodnych zachowań seksualnych (z ich powodu zrzekł się godności kardynalskiej). Sprawa podzieliła środowiska katolickie na całym świecie na zwolenników Vigano i zwolenników Papieża, bo Papież nie chciał niczego nikomu wyjaśniać i w ogóle przyjął specyficzną postawę. W tym czasie część katolickiej prasy zajęła się wytykaniem różnych potknięć samego Vigano. W pewnym momencie jednak nastąpiła zmiana (być może pod naciskiem środowisk katolickich z USA, gdzie świeckie stowarzyszenia wycofały wsparcie finansowe dla Watykanu a wielu biskupów poparło dążenia do transparentności i potrzebę śledztwa) i teraz Papież nakazał wszczęcie dochodzeń wyjaśniających. To tyle przypomnienia i nakreślania tła.

Od kilku dni jednakże w kilku obszarach Internetu zaczęły podnosić się głosy, że dochodzenie wyjaśniające idzie w jakimś przedziwnym kierunku. Papiescy śledczy zaczęli podobno korespondować z Naczelną Dyrekcją Archiwów Państwowych aby wydobyć stamtąd całą kolekcję listów między Janem Pawłem II a Anną Teresą Tymieniecką, jego zmarłą dwa lata temu wieloletnią przyjaciółką. Po co? Podobno McCarrick miał się interesownie wkupić w łaski Tymienieckiej, aby ta dobrze o nim mówiła do Papieża i aby ten dzięki temu zignorował rozmaite nieciekawe doniesienia i dopuścił go do dalszych stopni kościelnej kariery. Innymi słowy, śledztwo Watykańskie mogło pójść w kierunku nie tyle badania rzekomej protekcji McCarricka ze strony Papieża Franciszka co wykazywania, że za wszystkim stoi już nieobecny Jan Paweł II. Nie jest to wbrew pozorom głupia droga dochodzenia ponieważ McCarrick został mianowany arcybiskupem Waszyngtonu a następnie kardynałem własnie przez Jana Pawła.

Tutaj pojawia się interesująca komplikacja. JP2 “nagrodzał” McCarricka w latach 2000-2001 gdy był już pod wieloletnim wpływem postępującej choroby Parkinsona. Większość spraw za niego miał wtedy załatwiać zaufany doradca, osobisty sekretarz, biskup Stanisław Dziwisz.

O Dziwiszu ludzie nieprzychylni mówią wiele niedobrych rzeczy. Będąc w Watykanie miał rzekomo przyjmować grube koperty z pieniędzmi za różne uprzejmości. “Ochronił” tez podobno Papieża przez wiedzą o Marcialu Macielu, założycielu Legionu Chrystusa, który przez wiele lat miał dopuszczać się molestowania seksualnego dzieci i innych niegodnych zachowań. Dziwisz miał się przyjaźnić z McCarrickiem.

Czy to wszystko prawda? Może to pomówienia i nieprawdy. W starciu różnych ugrupowań wewnątrzkościelnych jedne mogą chcieć im zaprzeczać a inne je potwierdzać.

Swoją drogą, Vigano publikując w swoim manifeście informacje o McCarricku nie wspomniał nawet słowem o Dziwiszu, co dziwiło niektórych dziennikarzy, którzy spodziewali się w tym kontekście nazwiska polskiego biskupa.

Archiwalne wydania “Głosu Szydłowieckiego”

Nie jest łatwo trafić na łatwodostępne egzemplarze “Głosu Szydłowieckiego” w Internecie. Kilka zarchiwizowało tzw. Internetowe Archiwum (Internet Archive) przy okazji archiwizacji strony internetowej dwumiesięcznika. Poniżej linki bezpośrednie do dostępnych wydań:

Internetowe Archiwum zachowało też trochę trudną do odczytania (ze względu na błędy kodowania) i wybrakowaną kopię wcześniejszej strony internetowej Głosu Szydłowieckiego, która zawierała w danej chwili artykuły z jakiegoś pojedynczego wydania chyba z pierwszej połowy 2001 roku.

Nie gluten lecz fruktany mogą powodować nadwrażliwość nieceliakalną

Niektórzy uważają, że gluten im szkodzi chociaż nie chorują na celiakię. Przeprowadzono badania, aby to sprawdzić. Stwierdzono, że istnieją zależności między zbiorem objawów a spożywaniem produktów zawierających gluten – nazwano to nieceliakialną nadwrażliwością na gluten (NNG). Mechanizm tego zaburzenia nie został wyjaśniony, ale stwierdzono, że występuje dużo częściej niż celiakia. Niedawno opublikowane badanie wskazuje jednak na to, że to wcale nie gluten wywołuje NNG a substancje często występujące razem z nim w tych samych produktach – tzw. fruktany.

Czytaj więcej…

Frapujące nauki liderów Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej

Nauki o. Maina

O. Main wypowiada się bardzo po chrześcijańsku i nie można mieć do niego wielu uwag, chociaż niektóre wypowiedzi, gdy się je przeczyta uważnie oraz po lekturze tych liderów WCCM, którzy odczytali pewne wypowiedzi inaczej, zdają się ukazywać, że być może nie wszystko jest w porządku.

Nadrzędnym celem naszego istnienia jest osiągnięcie jedności. Bycie w jedności z sobą samym, z Bogiem oraz z całym stworzeniem. Proces medytacji to proces stawania się jednością. A sposobem, w jaki to osiągniemy jest powtarzanie jednego słowa Ma-ra-na-tha. To jest zadanie i cel mantry: uspokoić naszego ducha, uspokoić nasz umysł, trwać w pokoju, być w jedności z Bogiem. [źródło]

Czy rzeczywiście to jest celem naszego istnienia? Czy poszukujemy jakiejś „wszechjedności”? Z jednej strony z pewnością poszukujemy kontaktu z Bogiem, ale przecież nie odbywa się to na zasadzie scalenia ze wszystkim dookoła. Poza tym, znając Księgę Rodzaju możemy mieć spore wątpliwości czy nadrzędnym cele naszego istnienia jest osiągnięcie „jedności” – jeżeli już to tylko rozumianej jako pełne posłuszeństwo Bogu, jego bliskość i przynależność do jego Królestwa. Opaczne rozumienie „jedności” może prowadzić do takich specyficznych teorii jakie proponuje o. Griffith (grzech pierworodny jako upadek w dualność).

To właśnie dlatego spokój ciała jest tak ważny jako sakrament – zewnętrzny znak wewnętrznego spokoju. [źródło]

Przypominam KKK 1131: „Sakramenty są skutecznymi znakami łaski, ustanowionymi przez Chrystusa i powierzonymi Kościołowi. Przez te znaki jest nam udzielane życie Boże. Obrzędy widzialne, w których celebruje się sakramenty, oznaczają i urzeczywistniają łaski właściwe każdemu sakramentowi. Przynoszą one owoc w tych, którzy je przyjmują z odpowiednią dyspozycją.”

Czy spokój ciała jest sakramentem? Jeżeli tak, to dlaczego o. Main przedstawia go jako znak wewnętrznego spokoju, skoro narzucenie zewnętrznego spokoju ma być drogą do wewnętrznego wyciszenia?

Codzienna medytacja jest sprawą najwyższej wagi dla każdego z nas, ponieważ ujawnia ona na indywidualny sposób zawartą w nas wewnętrzną harmonię. Poprzez wejście w głąb naszego ducha odnajdujemy jedność myśli i uczuć z Bogiem, z innymi ludźmi oraz z całym stworzeniem. Mówiąc innymi słowy przez medytację postępujemy ku pleromie, ku pełni Chrystusa i zaczynamy zdawać sobie sprawę, że jesteśmy wezwani do jedności z Tym, który jest Wszystkim we wszystkim. [źródło, pogrubienia tekstu moje]

Znowu podkreślanie tajemniczej „wszechjedności”, które może być tylko poetycką wypowiedzią, ale może też być czymś innym. Odwoływanie się do konceptu „pleromy” przywodzi na myśl gnostyków, co odnotowali także niektórzy komentatorzy listów św. Pawła, podejrzewając go o bycie gnostykiem. Św. Paweł oczywiście nie był gnostykiem, ale warto wziąć pod uwagę, że gdzieś tutaj przewijają się filozoficznie niebezpieczne obszary, które katolik musi dobrze rozgraniczyć.

Czego potrzebuje pełnia, aby się rozwinąć? Odpowiedź brzmi: pustki. [źródło]

Skonsultujmy się ze słownikiem dla „pleroma”:
(gr. „pełnia”) W listach św. Pawła wyraz ten odnosi się do pełni Boga (Ef 3, 19), do pełnej miary bóstwa Chrystusa (Kol 1, 19; 2, 9), do Kościoła jako dopełnienia Chrystusa (Ef 1, 23) i do pełni czasu, w którym Syn Boży został wysłany (Ga 4, 4). Gnostycy zaliczali pleromę do przymiotów Syna, która przez całą serię emanacji przygotowuje na przejście do kenomy (gr. „pustka, ogołocenie”). Zob. emanacja, gnostycyzm, kenoza.

Medytacja dlatego jest tak ważna, ponieważ żyjemy w społeczeństwie w którym istnieje realne niebezpieczeństwo utraty zdrowego rozsądku. (…) Musimy przekroczyć wszelkie ograniczenia, by dojść do tego, co leży poza nami. [źródło]

Dlaczego nagle medytacja z modlitwy do Boga staje się dla o. Maina środkiem obrony zdrowego rozsądku? Dlaczego musimy przekraczać wszelkie ograniczenia? Czym są te ograniczenia? Zobaczmy dalej:

Ostateczną granicą do przekroczenia jest granica naszej własnej tożsamości, innymi słowy, naszych własnych ograniczeń. To dojście do stanu jedności ze wszystkim, do urzeczywistnienia w głębi naszego istnienia, tego do czego wzywa nas Jezus: człowiek, aby odnaleźć swoje życie, musi je najpierw stracić. [źródło]

Znowu „wszechjedność” i tym razem jakieś przeciwstawianie się „własnej tożsamości”. Ponownie, można to interpretować poetycko i wyciągnąć z tego taki sens, że np. nawracając się porzucić stare błędne nawyki (wyjść poza starą tożsamość) i nabyć nową, czyli narodzić się na nowo w Chrystusie. Ale te słowa o. Maina można też interpretować: tak, aby dojść do takich idei jak o. Griffith, czyli że zostaliśmy zniewoleni przez „fałszywe Ego” i że dążymy do jakiegoś tajemniczego „wyzwolenia” ze świata, siebie i w ogóle wszystkiego, aby osiągnąć równie nieokreślone wszystko.

Wszyscy na równi jesteśmy zaproszeni do poznania tajemnicy naszego bytu, do tajemnicy naszego życia i jego świętości. To zaproszenie było głównym przesłaniem nauczania Jezusa. [źródło]

Czy rzeczywiście to było głównym przesłaniem Jezusa? Czy rzeczywiście medytacja to taka najważniejsza rzecz na świecie?

To cel naszej medytacji: aby nie było w nas fałszu, a jedynie to co rzeczywiste [źródło]

Ale świat stworzony przez Boga i my sami z naszymi umysłami, emocjami, wyobrażeniami, słowami i tożsamościami nie jesteśmy fałszywi. Jezus nie był fałszywy, gdy nauczał słowami, ani nie uczył fałszywości nauczając „Ojcze Nasz”.

Medytacja jest dla ducha tym samym, czym oddech dla ciała. Gdyby ktoś zapytał cię, jaka jest twoja motywacja do oddychania odpowiedziałbyś: „Nie mam motywacji. Trzeba oddychać; to konieczne aby żyć. Nie potrzeba mi do oddychania żadnej świadomej motywacji. [źródło]

Znowu podkreślanie nieodzowności medytacji. Czym to ma być uzasadnione? Dlaczego medytacja jest nagle taka najlepsza na świecie?

Ludzie często pytają: „Dlaczego powinienem medytować? Dlaczego ty medytujesz?”. Myślę, że częścią odpowiedzi jest fakt, że w doświadczeniu medytacji poznajemy swoje prawdziwe, rzeczywiste ja, a nie siebie grającego rozmaite role, czy też siebie spełniającego oczekiwania innych względem nas. Doświadczamy bycia takimi jacy jesteśmy. [źródło]

Czyli w końcu jaki jest cel medytacji? Czy jest to modlitwa, budowanie relacji z Bogiem, czy też może jest to jakieś wyzwalanie się z bliżej nieokreślonych iluzji i fałszywej rzeczywistości?

Aby być uczciwym wobec o. Maina, warto wspomnieć jego lepsze wypowiedzi:

Medytacja jest dla nas ważna, ponieważ każdy z nas musi się nauczyć autentyczności, oddania prawdzie swojej własnej istoty. Ten kto jest autentyczny, jest jednocześnie oddany. (…) Bóg jest prawdą i każdy, kto odkrywa swoją jedność z Bogiem, wchodzi w fundamentalną relację, a w rezultacie wszystkie nasze relacje zaczyna przepełniać Boża dobroć i prawda. [źródło]

Można więc tutaj zobaczyć, że owo odnalezienie autentyczności może być poszukiwaniem zawartego głęboko w nas „dobrego człowieka”, który oryginalnie zawiera w sobie miłość do Boga i bliźniego.

Przeciwieństwem prawdy jest fałsz i iluzja. Medytacja to zobowiązanie, aby zrezygnować z tworzenia własnej rzeczywistości. Jest oddaniem życiu w świetle Boga, życiu zgodnie z Bożym światłem. Codzienne zaangażowanie i łagodność medytacji są sposobem stopniowego przyzwyczajania naszych oczu do widzenia tego, co mają przed sobą, a nie do fantazjowania i brania swoich fantazji za Rzeczywistość. Co jest rzeczywiste? Rzeczywisty jest Bóg, a ta rzeczywistość objawia się poprzez Jezusa.

Tutaj medytacja jest przedstawiona jako poszukiwanie prawdziwej, czystej wizji Boga, a nie naszych fantazji co do tego jakim Bóg powinien być.

(…) medytacja, jak trafnie to nazwano w tradycji, jest „pierwszą śmiercią”, jest podstawowym przygotowaniem na drugą śmierć, która jest definitywnym wejściem w życie wieczne. [źródło]

Medytacja nie jest pierwszą śmiercią. Nawrócenie jest.

Nie chcę sugerować, że medytacja jest jedyną drogą, ale raczej, że jest jedyną, jaką znalazłem. [źródło]

Dosyć frapujące.

Zestawianie Boga jako energia życia i że „wszystko jest jednym”, a stworzenie tak jak powstało ze „źródła” tak do niego wraca jawi się panteistycznie i hinduistycznie.

Ojciec Laurence Freeman OSB

Koło ze szprychami

Kiedy zaczynamy myśleć o medytacji, pomocnym będzie przedstawienie całego spektrum modlitwy. Zamiast o spektrum możemy myśleć o modlitwie, jak o wielkim kole. Liczne szprychy w kole to różne rodzaje modlitwy, jakie tylko znacie i praktykujecie – od różańca do Eucharystii, od liturgii godzin do lektury Pisma, czy modlitwy błagalnej albo wstawienniczej. Każdy rodzaj modlitwy może stanowić jedną z takich szprych. Zewnętrzna obręcz koła jest jak nasze życie, jej krawędź ma kontakt z ziemią, koło kręci się i prowadzi nas naprzód. Jednak wszystkie szprychy są połączone ze sobą – stykają się w środku koła, w jego centrum. A w centrum koła jest bezruch. Obręcz porusza się, ale sam środek – centrum – jest nieruchomy. W kole modlitwy tym centralnym miejscem jest modlitwa samego Jezusa.
(…)
Możemy powiedzieć, że medytacja chrześcijańska kształtuje punkt styku pomiędzy wszystkimi szprychami koła i jego centrum – modlitwą Jezusa. Zarówno w medytacji, jak i w modlitwie doskonałej jesteśmy prowadzeni ponad myśli i ostatecznie ponad nasze ego do tego co jest i zawsze było ostatnim krokiem, wynikającym z łaski, a nie starań, prowadzącym nas od samych siebie do Chrystusa . Kasjan pokazuje jasno, że modlitwa doskonała jest związana z innymi rodzajami modlitwy. Jeśli chcecie uczynić medytację integralną częścią waszego życia duchowego, nie powinniście zaniedbywać jakiejkolwiek innej, podjętej i uważanej przez was za potrzebną wam modlitwę.

[źródło, pogrubienia moje]

W odległy sposób jest to odwołanie do porównania uczynionego przez Lao Tsu lub też przypadkowo podobna analogia:

Montujemy w kole szprychy, by wóz mógł się toczyć, ale to pusta przestrzeń w jego piaście, jest tym co powoduje ruch koła. Lepimy z gliny dzbany, ale to pusta przestrzeń w dzbanie, jest tym, co czyni go użytecznym. Budujemy domy z cegły, zaprawy i drewna, ale to pusta przestrzeń w drzwiach i oknach, czyni go przydatnym do mieszkania. [źródło]

A tutaj jak inni ludzie rozumieją alegorię koła:

Biorąc obraz koła za przykład, o. Laurence wskazał, że w centrum koła piasta jest nieruchomym punktem i to ten nieruchomy punkt utrzymuje razem szprychy koła, przez co umożliwia jego obracanie. Ten nieruchomy punkt w naszym centrum to podstawa naszego istnienia.
Różne tradycje religijne stosują własny język, aby mówić o centrum i aby opisać fundamentalny wgląd w naturę rzeczywistości. Dla chrześcijanina ten nieruchomy punkt to ludzka świadomość Chrystusa. Medytacja prowadzi do czystej formy modlitwy, modlitwy Ducha, który przelewa się z Chrystusa do ludzkiego serca, mimo, że na swoim najgłębszym poziomie doświadczenie medytacji nie poddaje się zwykłemu wytłumaczeniu, wykracza poza słowa. „Wszyscy medytujemy w ramach swej własnej tradycji, ale wszystkie one należą do jednej wielkiej tradycji ludzkości”, powiedział o.Laurence. Matka Mangalam , zgadzając się z ta wypowiedzią, stwierdziła: ”Wszystko już tutaj powiedziano. Ja wyrażę to tylko innymi słowami: każdy powinien być w stanie przekroczyć własną religię, aby ujrzeć jedność całej ludzkości. Niebo jest wewnątrz nas”. [źródło]

Wróćmy do samego o. Freemana:

Myślę, że modlitwa jest kołem, którego szprychy oznaczają różne formy modlitwy – każda z nich jest tak samo ważna. Różni ludzie uprawiają różne style modlitwy: ignacjański, protestancki, bardziej charyzmatyczny, nabożny czy sakramentalny. One nie rywalizują ze sobą. Ludzie religijni często spierają się, wzajemnie potępiają z powodu praktykowania innej formy modlitwy – to niechrześcijańskie.

Wszystkie szprychy koła łączą się przecież w centralnym punkcie, gdzie panuje jedność. Bóg w swej jedności jest nieskończenie prosty, jak mówi św. Tomasz z Akwinu. W centrum tego koła odnajdujemy więc Chrystusa, który modli się w nas. W samym środku – tam, gdzie koło nie porusza się – jest Jezus modlący się w nas w Duchu Świętym i tam jest właśnie doświadczenie kontemplacji.

Ono jest celem każdej modlitwy. Tak też mówi o tym II Sobór Watykański – celem liturgii jest rozwinięcie w wiernych wymiaru kontemplacyjnego. Chodzimy więc do kościoła, aby uczyć się medytacji. Dlatego modlitwę powinniśmy rozumieć w sposób bardziej zintegrowany.

[źródło, pogrubienia moje]

Z materiałów edukacyjnych:

John Main porównał różne formy modlitwy do szprych koła zbiegających się w jednym miejscu, jego piaście. Wszystkie formy modlitwy są ważne i Medytacja ich nie zastępuje, chociaż może je w znacznej mierze uprościć. W tradycji chrześcijańskiej wszystkie formy modlitwy prowadzą do modlitwy Ducha w sercu. Moja modlitwa — sama z siebie — toruje drogę dla Jego modlitwy we mnie. [źródło, pogrubienia moje]

Z kolejnych materiałów:

Szprychy tego koła przedstawiają różne formy modlitwy. Gdy mówię o tym w różnych krajach, zawsze bardzo mnie ciekawi, jak je ludzie nazywają. Czy możecie podać kilka form modlitwy, nazwać te poszczególne szprychy koła? Śpiew, Różaniec, Litania, Czytanie Pisma Świętego, Koronka do Miłosierdzia Bożego. Msza Święta. Eucharystia jest najgłębszą formą modlitwy, inne ją tylko uzupełniają. (…) Jest wiele form modlitwy. Nigdy nie powinniśmy mówić, że jedna forma jest lepsza od innej. Po prostu ludzie modlą się w różny sposób.

Znalezione w Internecie:

The purpose of a wheel is to move a cart. Prayer is the wheel that moves our life spiritually towards God. To turn, the wheel must make contact with the ground. If the wheel does not touch the ground, it cannot move the cart; the wheel will just spin. So there must be a real time and place in our daily life that we give to prayer. The spokes of the wheel are like the different forms of prayer. All forms of prayer are valid and effective. We have the Eucharist, intercessory prayer, the sacraments, the reading of Scripture and personal devotions.

What holds the spokes together and turns the wheel is the hub. The spokes converge at the hub. We can think of the hub as the Prayer of Christ dwelling in our hearts. At the hub of the wheel, there is stillness. Without the still point at the centre, the wheel cannot turn.

Meditation is coming to stillness at the centre of our being. When we meditate, we come into that central stillness which is the source of all our action, our movement towards God through Christ within us. The movement of the wheel requires stillness at the centre. This is the relationship between action and contemplation.

[źródło, pogrubienia moje]

Medytacja nie jest wliczona w szprychy!

There are many ways of prayer – like the spokes of a wheel, they all converge in the centre or hub. That convergence is contemplation. So we can’t reduce prayer to techniques or methods, just as we can’t reduce religion to dogma or ritual. Nevertheless, we need means to the end. Meditation is the most simple, direct and universal of means and gives new depth and purpose to all the other elements of religion.

Jesus did not give any method of prayer except the ‘Our Father’ and the example of his own religious observance. But he did highlight the essential elements of prayer in the Sermon on the Mount: interiority (‘go into your inner room’), trust (‘your heavenly Father knows your needs before you ask’), brevity and silence (‘do not go babbling on…’), freedom from worry (‘do not worry…’), mindfulness (‘set your mind on God’s Kingdom before everything else’) and living in the present moment (‘do not worry about tomorrow’). Put these elements together and you have contemplation. [źródło]

Bardzo interesujące „przyznanie się”, że Jezus nie podał żadnej innej metody modlitwy poza „Ojcze nasz”. Niekoniecznie prawdziwe, ale ukazujące elastyczność tematu, o którym mowa.

Father Freeman said that prayer must always be directed towards the centre. [źródło]

Ojciec Bereza OSB

Z jego tzw. „wierszy” (które zasadniczo są pozbawioną interpunkcji prozą):

Wszyscy wielcy mistrzowie modlitwy zgodnie stwierdzali, że inicjatywa w modlitwie nie należy do nas. Wszyscy wielcy mistrzowie modlitwy zgodnie stwierdzali, że w modlitwie nie tyle chodzi o to, aby mówić, lecz aby słuchać. Wszyscy wielcy mistrzowie modlitwy zgodnie stwierdzali, że w modlitwie nie tyle chodzi o to, aby szukać, lecz aby być znalezionym. [źródło]

Nie wiadomo których „wielkich mistrzów modlitwy” ma na myśli o. Bereza. Trudno powiedzieć, czy do tego grona zalicza on np. Jezusa, który wielokrotnie wskazywał, że inicjatywa należy do nas („proście a będzie wam dane”), wskazywał jak należy się modlić – i podał przykład modlitwy słownej – zalecał szukanie, aby znaleźć („szukajcie a znajdziecie, pukajcie a będzie wam dane”).

Pokój jest dla niego tym samym co dla Greków hesychia, dla taoistów wu-wei, a dla wyznawców hinduizmu śanti. Pokój oznacza tu postawę duszy, która otwiera się i kieruje ku Boskiemu centrum. Bliski jest ciszy i głębi duchowego milczenia, które są podstawową cechą indyjskiej duchowości. Wyraża to szczególnie powszechnie odmawiana modlitwa: Om, Śanti, Śanti, Śanti. Om. W czasie mojego pobytu w aśramie powtarzaliśmy ją kilka razy dziennie. [źródło, pogrubienie moje]

Co właściwie mantrował ojciec Bereza? Zobaczmy do Wikipedii:

Om (także Aum) – najświętsza sylaba hinduizmu. Dźwięk omkara występujący w wedach, jest pierwotnym hymnem. Om to sylaba-nasienie (bidźa), postrzegana jako dźwięk powstania Wszechświata. Ta transcendentalna wibracja jest uważana za identyczną z osobą absolutnego Wisznu. Na niej opierają się wszystkie hymny wedyjskie. Za świętą uznawana jest także w buddyzmie tybetańskim. Om to sylaba będąca najważniejszą mantrą, pierwotnym dźwiękiem znanym także pranawa, akszara i omkara. Z reguły wymawia się ją samą. [źródło, pogrubienie moje]

Tak więc mantra Om jest uważana za identyczną z osobą hinduskiego bożka zwanego Wisznu – bożka z tzw. hinduistycznej trójcy, którą tworzy wraz z Brahmanem i Sziwą. Jego dwa wcielenia to Kryszna i Rama. Czy o. Bereza o tym wiedział?

Co do owego „śanti”:

Śanti (“spokój”) – w filozofii hinduskiej i buddyjskiej pokój wewnętrzny. W adwajtawedancie stan nie zakłócony przez dualizm, realizacja jedności rzeczywistości. W tekstach buddyjskich śanti to niekiedy synonim nirwany. [źródło, pogrubienie moje]

O tym jak można interpretować ów dualizm w sposób mniej lub bardziej dziwaczny odsyłam do wypowiedzi o. Maina i o. Griffitha.

o. Bede Griffith

Czakry, kanały energetyczne, hinduizm

Wypowiedzi ojca Bede Griffitha są chyba najbardziej budzące wątpliwości, bo z wszystkich liderów i osób powiązanych z WCCM najmocniej i najbardziej otwarcie odwołuje się on do elementów religii i filozofii wschodnich. Pomimo bycia Anglikiem z urodzenia, przejawia mocne przesiąknięcie hinduizmem w wielu wypowiedziach.

Chciałbym rozpocząć konferencję krótką intonacją w sanskrycie. (…) Sanskryt jest zapewne najstarszym aktywnym językiem, jaki przetrwał do dzisiaj. Jest to język święty, język bogów. [źródło]

Jakich bogów ma o. Griffith na myśli? Dlaczego zaczyna konferencję słowami w języku, który jego zdaniem jest językiem „świętym” wobec jakiś niesprecyzowanych „bogów”? To zapewne tylko poetycka wypowiedź, ale wielu katolików może w tym momencie poczuć się bardzo nieswojo.

W języku naszej kultury grzech jest tym czymś, przez co utraciliśmy zdolność transcendencji – to stan alienacji wobec naszej prawdziwej natury. Grzech jest odosobnieniem. To porażka zobaczenia siebie takimi, jakimi naprawdę jesteśmy w relacji do świata i do Boga. [źródło]

Ponownie wypowiedź, która może w niektórych ludziach wzbudzić niepokój. To dlatego, że powyższa wypowiedź niby mówi o grzechu jako odosobnieniu, niby nawet na samym końcu wspomina, że chodzi o relację z Bogiem, ale jednocześnie wydaje się mówić o czymś innym, o jakiejś nowej koncepcji grzechu. Brzmi to tak jakby grzech był bardziej wystąpieniem przeciwko sobie samemu, niż przeciwko Bogu. Trzeba tutaj wspomnieć, że Bóg nie jest naszą „prawdziwą naturą”, bo my nie jesteśmy Bogiem. Przychodzi tutaj też na myśl ezoteryczna koncepcja człowieka poszukującego swojej prawdziwej natury, pewnego Prawdziwego Ja, obecna w wielu okultystycznych naukach.

Przypomnijmy definicję grzechu z Katechizmu Kościoła Katolickiego:

1849. Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu; jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr. Rani on naturę człowieka i godzi w ludzką solidarność. Został określony jako “słowo, czyn lub pragnienie przeciwne prawu wiecznemu”.

1850. Grzech jest obrazą Boga: “Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest przed Tobą” (Ps 51, 6). Grzech przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego nasze serca. Jest on, podobnie jak grzech pierworodny, nieposłuszeństwem, buntem przeciw Bogu spowodowanym wolą stania się “jak Bóg”, w poznawaniu i określaniu dobra i zła (Rdz 3, 5). Grzech jest więc “miłością siebie, posuniętą aż do pogardy Boga”. Wskutek tego pysznego wywyższania siebie grzech jest całkowitym przeciwieństwem posłuszeństwa Jezusa, który dokonał zbawienia.

Trzeba jednak oddać o. Griffithowi sprawiedliwość, że jego dalsze wypowiedzi mogą lepiej przenosić pewne koncepty i rozwiewać wątpliwości, chociaż czasami po to, aby zasiać nowe.

Ego samo w sobie nie jest złe. Trzeba nam wykształcić ego, zdrowe poczucie odrębności od innych. Problem w tym, że gdy się w nim zamykamy, to ono zamyka nas na innych i na samego Boga. Taka wyalienowana jaźń jest źródłem wszelkiego zła. Łaska Boga, której doświadczamy w modlitwie i medytacji uzdalnia nas do przekroczenie ego. [źródło]

Tutaj mamy z jednej strony afirmację znaczenia i działania Bożej Łaski, ale z drugiej strony mamy znowuż przypisanie nadmiernej odrębności od innych do „źródła wszelkiego zła”. To też trochę takie redefiniowanie grzechu oraz źródła zła i wprowadzanie nowych pojęć, które może mają sens we wschodnich filozofiach koncentrujących się na problemach ego, jaźni, transcendencji, ale trochę ciężko to przełożyć na mentalność chrześcijańską tak, aby nie musieć wprowadzać mimowolnie obcych konceptów zbytecznych do tej pory.

Przypominam, że Grzech Pierworodny nie wziął się ze zbyt wyalienowanego ego pierwszych rodziców, ale z ich nieposłuszeństwa Bogu.

Modlitwa i medytacja to drogi wyjścia poza iluzje, to doświadczenie prawdziwej rzeczywistości. Tą rzeczywistością jest sam Bóg. Nic więc dziwnego, że daje się On jedynie poznać poza wszystkimi pozorami. [źródło]

Powyższa wypowiedź zaczyna już naprawdę mocno wyglądać na hinduizm, ponieważ podkreśla dążenie do pokonania iluzji oraz poszukiwania prawdziwej rzeczywistości. Chrześcijanie nie patrzą tak na świat – takie spojrzenie jest obce chrześcijaństwu. I chrześcijanie nie traktują tak modlitwy.

Przyjrzyjmy się pewnemu konceptowi z filozofii wschodnich, który nazwany jest maja:

W filozofii adwajtawedanta oraz w buddyzmie, maja jest iluzją, namacalną i mentalną rzeczywistością codziennie absorbującą świadomość żywych istot, zakrywającą przed nimi prawdę na temat tożsamości i ich związku z Brahmanem. Koncepcja mai pochodzi z Upaniszadów.

Wg hinduizmu maja oddziałuje głównie poprzez tzw. fałszywe ego (ahamkara), czyli utożsamianie się z materialnym ciałem, oraz poprzez przywiązanie do posiadanych rzeczy (mameti). Pokonanie wpływu mai jest konieczne do wyjścia z cyklu sansary i osiągnięcia wyzwolenia (mokszy).

[źródło]

Na tle powyższego objaśnienia jest dosyć widocznym, że koncepcjom o. Griffitha jest blisko do filozofii wschodnich. Nie jest wszakże kompletnie jasnym, czy podejście o. Griffitha odchodzi od chrześcijaństwa, bo nie wspomina on o poszukiwania Brahmana (hinduistyczne bóstwo-absolut), ani wyzwalania się z cyklu kolejnych wcieleń, a fałszywe ego widziane jako przywiązanie do posiadanych rzeczy (w tym ciała), można odnieść do wcześniej wspominanego fragmentu z KKK na temat grzechu: „jest brakiem prawdziwej miłości względem Boga i bliźniego z powodu niewłaściwego przywiązania do pewnych dóbr”. Da się więc tutaj nakreślać pewne podobieństwa i trudno powiedzieć jak o. Griffith widział to w swoim sercu. Pytanie jednak brzmi: czy to, co potrafił może rozgraniczyć w sobie o. Griffith, będzie potrafił rozgraniczyć jego słuchacz lub czytelnik? To wszystko może być mylące dla wielu osób.

Można stawiać wiele pytań: po co chrześcijanom takie dziwne interpretacje świata, życia i modlitwy jakie prezentuje o. Griffith? Przecież chrześcijanie nie odrzucają świata zewnętrznego tak radykalnie jak religie wschodu, ani nie posługują się takimi sposobami przedstawiania sobie grzechu, relacji z Bogiem itd. To nie jest chrześcijańska filozofia. Może jednak docelowymi słuchaczami o. Griffitha nie byli wcale Europejczycy, a Hindusi, którzy potrafili lepiej się w tym rozeznać?

Modlimy się ciałem, duszą i duchem. (…) Mamy ciało, organizm fizyczny, który jednoczy nas ze wszystkimi organizmami wszechświata. Mamy duszę, psyche, która zawiera w sobie zmysły, uczucia, imaginacje, rozum i wolę. Centrum psyche jest ego, co w sanskrycie nazywa się ahmakara, tzn. to co „czyni moje Ja”. Dusza jest bardzo ograniczona. Ale poza nią jest duch, atman, który jest miejscem samo-się-przekroczenia. [źródło]

Znowu widać wschodnie wpływy. Warto zwrócić uwagę, że w poprzednio przywołanym cytacie z Wikipedii „ahmakara” to „fałszywe ego” oddzielające od Prawdy, a w tej wypowiedzi pod tym terminem rozumie się „centrum psyche”, a psyche jest tutaj odpowiednikiem duszy. Idąc za tym można by dojść do wniosku, że dusza jest czymś aktualnie złym, co oddziela nas od Boga! Trudno to zrozumieć na gruncie chrześcijańskim, bo zdecydowanie powyższa wypowiedź o. Griffitha jest osadzona w hinduizmie – podział człowieka na ciało, duszę i ducha; ciało jednoczące z wszystkimi organizmami świata, „atman”. Bardzo dużo tutaj promowania konceptów obcych.

Dotyczy to również naszej seksualności, którą zwykliśmy w chrześcijaństwie zostawiać poza obszarem duchowości. Jest ona jednak częścią naszej natury i nie da się jej wyeliminować. Albo damy jej możliwość wyrażenia się w naturalny sposób, albo trzeba ją przemienić. Energia seksualna może być w modlitwie skierowana ku Bogu i stać się wysoce pozytywną siłą. W jodze kundalini energia ta jest transformowana w siłę duchową. Chrześcijanie powinni wiedzieć o jodze kundalini. Opisuje ona siedem centrów energetycznych w naszym ciele, w sanskrycie nazywane czakrami, umieszczone między podstawą kręgosłupa a koroną głowy. Stanowią one nasz związek z siłami natury i stworzenia. [źródło, pogrubienie moje]

Dlaczego ojciec Griffith zaleca chrześcijanom wiedzieć o jodze kundalini? Do czego nam znajomość siedmiu centrów energetycznych? Jakie to ma znaczenie dla modlitwy i medytacji? W tym momencie niejeden katolik może przerwać lekturę zniesmaczony tym, co mu się prezentuję. Tym bardziej, że w dalszej części swojej publikacji o. Griffith omawia każdą z czakr, co można odebrać jako nieuzasadnione indoktrynowanie hinduizmem.

Trochę objaśnienia co do tego, czym jest joga kundalini:

Kundalinijoga – jeden z najbardziej tajemnych i ezoterycznych systemów rozwoju i doskonalenia duchowego wywodzący się z obszaru kulturowego Indii. Kundalinijoga to tantryczna metoda jogi, polegająca na umiejętnym pobudzaniu ognistej w swej naturze, siły życia drzemiącej u podstawy kręgosłupa. Powiada się, że moc kundaliniśakti, gdy zostaje obudzona, wstępuje spiralnie poprzez ćakry, wzdłuż pionowej linii ciała po wewnętrznej stronie kręgosłupa ku górze, aż osiągnie swoją wyższą siedzibę w sahasrarze – ćakrze o tysiącu płatkach ponad głową. Cała symbolika ezoteryczna kundalinijogi wskazuje na siedmioetapowy proces rozwoju wewnętrznego i osiągania tak zwanego wyzwolenia. [źródło]

Do czego nam potrzebne „ezoteryczne” metody? Co to za tajemne moce? Czy to nie powinno budzić najwyższej ostrożności u chrześcijanina?

Co dalej pisze o. Griffith?

W końcu shakti dosięga ostatniej czakry, sahasrary, czakry korony głowy. To tutaj otwieramy się na cały wszechświat i na transcendentalną tajemnicę poza nim. Energia życia przepłynęła od swej podstawy, poprzez wszystkie stopnie rozwoju aż dotarła miejsca transcendencji. Osobiście widzę je jako miejsce, gdzie wpływa we mnie światło Ducha Świętego schodzące do wszystkich moich władz, aż na dno mego ciała, by potem wznieść się na nowo i powrócić do Boga. Światło to jest w zasadzie światłem miłości. W tradycjach Wschodu, wszystkie metody medytacji dążą do tego centrum. To co się tam dzieje, zależy już od osobistej wiary i tradycji. Dla chrześcijanina jest to miejsce spotkania z Bogiem poprzez miłość Ducha Świętego. [pogrubienia moje]

Ta wypowiedź budzi ogrom wątpliwości: „sterowanie” mistycznym doświadczeniem, „sterowanie” Bogiem, względność doświadczenia mistycznego (zależy od osobistej wiary i tradycji!) oraz wiele innych uwag przychodzi natychmiast na myśl. Cała rzecz jest tak znacząco obca chrześcijaństwu, a jednocześnie tak bliska hinduizmowi, że niewiadomo co z tym zrobić!

Kolejne wypowiedzi o. Griffitha:

Wielu ludzi nosi w sobie głęboką nienawiść do matki lub ojca. Nie chcą się do niej przyznać, ale to uczucie, gdy ma swe źródło w porzuceniu i braku należnej dziecku miłości, a może nawet seksualnego wykorzystania, ujawni się pewnego dnia, pod taką czy inną postacią. Te rany psyche jedynie wtedy mają szansę na uzdrowienie, gdy pozwolimy im zaistnieć, przyznać się do nich i zintegrować je jako część nas samych. Jest możliwe, że jak się ujawnią to trzeba będzie szukać pomocy terapeuty lub psychologa. W medytacji dokonuje się proces, który nazywamy uzdrawianiem pamięci. (…) Kiedy mówimy, że Chrystus „zstąpił do piekieł” to to właśnie mamy na myśli. Owe zstąpienie do piekieł znaczy Jego zmierzenie się twarzą w twarz z siłami podświadomości i pokonanie ich przez Jego pełną miłości cierpliwą wytrwałość. [źródło, pogrubienie moje]

Tutaj również mamy bardzo wschodnie pojmowanie takich konceptów jak „Piekło”, bo we wschodnich filozofiach demony to często zbuntowane elementy ludzkiego umysłu, elementy „fałszywego ego”. W chrześcijaństwie tak nie jest i trzeba to z całą stanowczością podkreślić – demony to realne byty, a Piekło to miejsce ich przebywania, które nie jest osobistą podświadomością żadnego z ludzi. Zstąpienie Jezusa do piekieł nie było też „wędrówką do podświadomości” – tym bardziej, że nie nosił w sobie nienawiści do matki albo ojca!

Ale to jeszcze nie wszystko. Pod pokrywą naszej indywidualnej podświadomości kryje się podświadomość zbiorowa. Tu sięgamy do korzeni ludzkości. Niektórzy jungiści twierdzą, że każdy człowiek w łonie matki rekapituluje wszystkie fazy, fizyczne i psychologiczne, ewolucji. Odkrywamy, że niesiemy w sobie całą przeszłość ludzkości. Musimy zmierzyć się z tym ciężarem w naszej podświadomości, tak jak Chrystus na krzyżu wszedł w podświadomość i wziął na siebie całą przeszłość ludzkiej historii. [źródło, pogrubienie moje]

Bardzo dziwaczna interpretacja śmierci Chrystusa, bardzo niepokojąca. Podobnie jak odwołanie do „jungistów”, tj. zwolenników teorii psychoanalitycznych Carla Gustava Junga, który bardzo mocno wplatał do swoich idei przemianowane elementy spirytyzmu, nauk tajemnych i ezoterycznych.

Demony, które Jezus wyrzucał na kartach Ewangelii, to właśnie owe siły ludzkiej podświadomości. [źródło]

Jest to stwierdzenie mocno niezgodne z naukami Kościoła. Demony to realne byty. Swoją drogą, ciekawe jak o. Griffith wytłumaczył by to, gdy Jezus egzorcyzmował demony z opętanego człowieka w ciała świń (np. Łk 8, 27-31)…

Wróćmy na chwilę do tematyki grzechu, bo teraz znając już znaczenie terminów „ego”, „jaźń” i innych możemy spróbować zrozumieć to:

Grzech pierworodny to upadek w dualność. Bóg stworzył człowieka w doskonałej jedności ciała, duszy i ducha, by mógł on w ten sposób być otwartym na swego Stwórcę. Upadek ludzkości, to upadek z ducha w psyche, czyli w ego, w jaźń oddzieloną.

Powyższe poglądy o. Griffitha ocierają się bardzo mocno o rozmaite antyczne herezje. Analogiczne poglądy znajdziemy też w tajemnych naukach masonerii i starożytnych kultów misteryjnych, o czym pisze w swoich publikacjach wielce szanowany przez masonów Manly P. Hall.

Należy jednak być uczciwym, że o. Griffith gdzieś w tym wszystkim widzi granicę, która rozdziela jego poglądy od obcych religii:

Przywrócenie takiej jedności jest dziś zadaniem chrześcijaństwa. W Indiach adwajta (“Główną tezą Adwajta (niedualności) Wedanty jest całkowita jedność Atmana (prawdziwej jaźni każdej żywej istoty) i Brahmana (Absolutu, Boga)” – źródło Wikipedia, przypisek tłum.) przybiera wiele form, niektóre z nich zupełnie nie do zaakceptowania z naszego punktu widzenia, ale sama idea adwajty jest bardzo bliska dzisiejszemu chrześcijaństwu. [źródło]

Tym nie mniej nie jest jasnym, czy tę granice widzi o. Griffith we właściwym miejscu, bo patrząc na powyższą i na kolejną wypowiedź jego warto zastanowić się, czy nie powinien on szukać wolności od grzechu pierworodnego w Chrystusie, a nie w medytacji czy też w „zadaniowości chrześcijaństwa”:

Medytacja jest jedyną ku temu drogą. Jak długo twoje myślenie będzie dominował racjonalizm, tak długo twoje działanie będzie pełne dualistycznych zachowań. Tylko wtedy gdy zatrzymasz umysł, to poza nim dostrzeżesz zasadę jednoczącą wszystko w całość. Wierzę, że Bóg obrał medytację jako drogę po której przeprowadza On ludzkość poprzez dualizm. [pogrubienie moje]

Dualizm to ów grzech pierworodny w poprzednich wypowiedziach o. Griffitha.

Kolejne ciekawa wypowiedź:

Noszę się z zamiarem napisania książki, w której spróbuję pokazać, jak każda z religii – hinduizm, buddyzm, taoizm, islam, judaizm i chrześcijaństwo – zaczyna od elementów dualistycznych, by dojść w końcu do niedualności. Szczególnie judaizm i islam są bardzo dualistyczne i pełne wyklęć dla innowierców oraz opisów ich wiecznego potępienia i kary. Ta faza rozwoju religii musi zostać przekroczona. W islamie zrobili to sufiści VIII i IX wieku, Żydzi w kabale, a Mistrz Eckhart w naszej tradycji chrześcijańskiej. Każda religia dochodzi do niedualności poprzez swe doświadczenie mistyczne. [źródło]

Po pierwsze, bazując na poprzednich wypowiedziach o. Griffitha można dojść do wniosku, że każda religia to dążenie do pokonania grzechu pierworodnego, co budzi rozmaite wątpliwości.

Po drugie, o. Griffith wywołuje tutaj ezoteryczne ruchy muzułmańskich sufich czy żydowskich kabalistów wraz z katolikiem Eckhartem, którego rozmaite tezy były oficjalnie potępione przez Kościół. Budzi to wątpliwości. Poza tym, o. Griffith rysuje pewną część wspólną dla wielu religii, która wcale nie musi być wspólna wbrew jego mniemaniu. Budzi to wątpliwości.

Bóg Izraela jest odseparowany od świata widzialnego i od człowieka. Rządzi z góry. Stwarza świat i stwarza ludzi. Zdarza się, że zniża się On ze swego majestatu do stworzenia, że przemawia do niego, ale zawsze pozostaje oddzielony. Słowo, które Go określa to „święty”, co oznacza „odseparowany”. Jest to główny atrybut Boga. Podobnie dzieje się z człowiekiem, nabiera on świętości w miarę swego oddalenia i separacji wobec świata. [pogrubienie moje]

Trudno powiedzieć co tutaj autor ma na myśli. Czy że głównym atrybutem Boga jest jego świętość, czy też jego „odseparowanie”. I czy to w ogóle jest zgodne z filozofią katolicką. Na pewno jest to niepokojące w pewnym sensie, bo np. Jezus jest bezsprzecznie święty i święta jest też jego Matka, a przecież nie są to osoby odseparowane od świata, chociaż zdecydowanie się wyróżniają. Wiele osób i rzeczy się jednak wyróżnia, a nie o wszystkich mówimy, że są święte.

Można śmiało powiedzieć, że Abba to była mantra Jezusa. Bo żył On w całkowitym z Nim związku. Wszystko co robił, czym był i czego nauczał czerpało i opierało się na tym jednym słowie. Tak więc patrząc, nasza tradycja mantry pośrednio wywodzi się od samego Jezusa. [źródło]

Przykład wypowiedzi, w której ktoś może dopatrywać się pewnego poetyckiego, ogólnego sensu, a inna osoba może zobaczyć nadgorliwe i nieuzasadnione dowodzenie tego, że mantrowanie miałoby wywodzić się z życia i nauk Jezusa. Takie wypowiedzi budzą rozmaite wątpliwości.

Szydłowiec w “Pamiętnikach Ludwika Szczanieckiego” (1863)

Źródło:  “Pamiętniki Ludwika Szczanieckiego, pułkownika wojsk polskich“, Poznań, 1863 rok.

Szydłowiec liche bardzo i dużo podupadłe miasteczko, zdaje się jednak, iż dawniej w lepszym się stanie znajdowało, co pokazują niektóre podupadłe domy i obszerne bruki. Znajduje się tu także dawny zamek książąt Radziwiłłów, gdzie była główna kwatera księcia naczelnika. W okolicy są kopalnie, wielkie piece fryszerki i kuźnie żelazne, w których topią w obfitości rudę żelazną, leją wiele naczyń i kują narzędzia różne. Cała tutejsza okolica znacznie już jest wzgórzystą. Same miasto stoi na obnażonej skale wynurzającej się z wnętrza ziemi.

Skała, na której leży miasto Szydłowiec, jest z głazu miałkiego ciosowego, będącego ciągiem głazów łysogór. Najlepszy w tym gatunku kamień piaskowy, z całego pasma Łysogór jest ten tu pod Szydłowcem. Z tego to kamienia był kowany posąg Sobieskiego znajdujący się w Łazienkach pod Warszawą.

Wspomnienie Szydłowca – LEKARZE W SZYDŁOWCU – Rejzl Midlarska-Kwiatowska

Wykonane przeze mnie tłumaczenie z angielskiego jednego z fragmentów “Szydlowiec Memorial Book”.

LEKARZE W SZYDŁOWCU przez Rejzl Midlarska-Kwiatowska

Jak pamiętam moje dzieciństwo, nie było lekarza w Szydłowcu. Gdy ktoś zachorował najpierw próbowano wszystkich starych metod – bańki, olej rycynowy i podobne środki. Jeśli zwichnąłeś nadgarstek lub kostkę najpierw biegłeś do Lazer-Yoskego, który był “specjalistą” w nastawianiu tych rzeczy dobrze. Kim był ten Lazer-Yoske? Miał wózek dwukołowy, na którym dostarczał rozmaite towary.

W przypadku poważnej choroby wzywało się “felczera” – a takich mieliśmy trzech: Aaron Fisher zwany Uzdrowicielem, Yeshaya Moshenberg zwany Uzdrowicielem i Avremele Fisher zwany Uzdrowicielem. Mogli oni przepisać lek lub – jeśli to konieczne – postawić bańki lub przystawić pijawki. Felczerzy również zwykli wyrywać zęby chłopom. U drzwi domu każdego z felczerów wisiały trzy mosiężne tace ze sobą powiązane, a gdy wiał wiatr, uderzenia metalu słychać było daleko. Dla felczerów owe tace były jak dyplom, który wisi w gabinecie lekarskim.

W bardzo ciężkich przypadkach, ludzie woleli wezwać lekarza z Radomia. 

Dla kobiet w czasie porodu było kilka położnych, które uczyły się swojego “zawodu” przez długie lata doświadczeń. Najbardziej popularna była Ruzhe, która przyniosła światu większość dzieci w Szydłowcu. Zwykła mówić, że jest matką tysięcy dzieci i do każdego mówiła “moje dziecko”. Autor tych linii jest jednym z jej dzieci.

Dopiero w 1930 roku dorobiliśmy się profesjonalnie wyszkolonych położnej w Szydłowcu. Zarówno ona, jak i jej córka zwykły odbierać porody.

Właściwie to mieliśmy już szpital w Szydłowcu w tych dniach. Ale o dziwo, był on pusty przez większość czasu. Starsi ludzie mówili nam, że podczas I Wojny Światowej szpital funkcjonował pod przewodnictwem Ryfki Zucker, który była pielęgniarką.

Na początku 1920 roku nastąpiła zmiana na lepsze, kiedy Dr Nikolski osiedlił się w Szydłowcu. Natychmiast został on wyznaczony miejskim lekarzem i nigdy nie brakowało mu pacjentów. 

Kilka lat później dr Tadanyer przyjechał do Szydłowca. Świeży absolwent uczelni, przystojny i łagodny, szybko się zintegrował z wszystkimi w mieście.

Ponieważ populacja wzrosła, dwóch lekarzy było mało, więc felczer “przymigrował” z Łodzi – jego nazwisko Niechtshisky. Nabył duże doświadczenie z pracy w szpitalach i okazał się być bardzo pomocny dla ludzi, szczególnie dla młodszych dzieci. Później Leybush Dimont stał się naszym trzeciego lekarza. Jego ojciec, Joel, był bardzo znany w Szydłowcu – “nowoczesny” człowieka o reputacji liberała. Posłał swojego syna do Francji, by studiował medycynę, a gdy Leybush wrócił jako pełnoprawny lekarz, całe miasto było dumne. To nie było byle co.

Żaden z lekarzy nie pobierał wygórowanych opłat, ale dr Dimont nigdy nawet poprosił o pieniądze. Jeśli pacjent był zbyt biedny, by zapłacić, to było dla niego wszystko było w porządku. Często w takich przypadkach, chciał nawet podać lek za darmo.

Wraz z wybuchem II Wojny Światowej dr Dimont pozostał praktycznie jedynym lekarz przez chwilę, aż kilku żydowskich lekarzy – uchodźców z Krakowa – przybyło do Szydłowca. Wszyscy oni pracowali ponad swoje siły w szpitalu, który został zorganizowany na rozkaz gestapo. W tych gorzkich czasach doktorowi Dimontowi udało się uzyskać potrzebne leki z Paryża, który jeszcze nie zostały zajęty przez Niemców. Miał tam kontakty z kilkoma osobami z Szydłowca – Kwiatowskimi oraz własnym szwagrem, Jakubem Katzem. Dr Dimont został zabity przez nazistow. Jego żona, Leah (Katz) Dimont cudem uciekła z synem i obecnie mieszka w Paryżu.

Tekst oryginalny:

DOCTORS IN SZYDLOWIEC
by Reyzl Midlarski-Kwiatowski
As I remember my childhood, there was no doctor in Szydlowiec. Whenever anyone took sick they first tried all the old methods — cupping, castor oil, and similar remedies. If you sprained your wrist or your ankle you first ran to Lazer-Yoske, who was a “specialist” in putting such things right. Who was this Lazer-Yoske? He owned a two-wheel cart on which he delivered a variety of merchandise.
In case of a serious illness you called the “feldsher” — of whom we had three: Aaron the Healer (Fisher), Yeshaya the Healer (Moshenberg) and Avremele the Healer (Fisher). They could prescribe a medicine and, if necessary, apply cups or leeches. The feldshers also used to pull teeth for the peasants. At the door to each feldsher’s house hung three brass trays, tied to each other, and when a breeze blew, the tinkling of the metal could be heard far and wide. For the feldshers these trays were like the diploma that hangs in a doctor’s office.
In very serious cases, people wuold call the doctor in Radom.
For women in childbirth there were several midwives who had learned their “profession” through long years of experience. The most popular one was Ruzhe, who had brought most of the children in Szydlowiec into the world.She used to say she was the mother of thousands of children and she called each one “my child.” The writer of these lines is one of her children.
It was not until the 1930s that we got a professionally trained midwife in Szydlowiec. Both she and her daughter used to deliver the babies.
Actually we already had a hospital in Szydlowiec in those days. But strangely enough, it was empty most of the time. Older people told us that during the first World War the hospital functioned under the guidance of Rivka Zucker, who was a nurse.
Early in the 1920s there was a change for the better when Dr. Nikolski settled in Szydlowiec. He was immediately appointed the town physician and he never lacked for patients.
Several years later Dr. Tadanyer came to Szydlowiec. A recent graduate, handsome and gentle, he soon ingratiated himself with everyone in town.
As the population increased, two doctors were not enough, so a feldsher “migrated” from Lodz — his name was Niechtshisky. He had acquired a great deal of experience from working in hospitals and he proved to be a big help to the people, especially for younger children. Later, Leybush,Dimont became our third doctor. His father, Joel, was very prominent in Szydlowiec, a “modern” man with the reputation of being a liberal. He sent his son to France to study medicine, and when Leybush came back a full-fledged doctor, the whole town shared in the glory. It was no small thing.
None of the doctors charged exorbitant fees, but Dr. Dimont never even asked for money. If a patient was too poor to pay, that was all right with him too. Often, in such cases, he would even supply the medicine free.
With the outbreak of World War II Dr. Dimont remained practically the only doctor for a while, until several Jewish doctors — refugees from Krakow — came to Szydlowiec. They all worked beyond the limits of their strength in the hospital that was set up by order of the Gestapo. In those bitter times Dr. Dimont managed to obtain needed medicines from Paris, which had not yet been occupied by the Germans. He had contacts there with a few people from Szydlowiec — the Kwiatowskis and his own brother-in-law Jacob Katz. Dr. Dimont was killed by the Nazis. His wife, Leah (Katz) Dimont miraculously escaped with her son and they are now living in Paris.

Wspomnienie Szydłowca – KATOLICKA “MIŁOŚĆ” – Jeremiasz Meyerfeld

Wykonane przeze mnie tłumaczenie z angielskiego jednego z fragmentów “Szydlowiec Memorial Book”.

KATOLICKA “MIŁOŚĆ” przez Jeremiasz Meyerfeld
Oprócz mojego ojca, mój brat Mendl był najlepszym budowniczym w okolicy. Gdy przyszli naziści i nasze kłopoty się zaczęły, od razu zaczął myśleć nad sposobami jak zachować swoje dzieci, które były w największym niebezpieczeństwie. Wziął swoje dwoje młodych, blond dzieci w ramiona i udał się do polskich pracowników budowlanych, których zatrudniał od wielu lat. Błagał aby zabrali dzieci do swoich domów, gdzie być może będą mogły przetrwać.
Odpowiedzią tych gościnnych katolików było, że wkrótce będą mieszkać w jego domu tak czy inaczej. I to jest to, co faktycznie się stało. Nie tylko zabili swoje ofiary, ale odziedziczyli ich własności…

Oryginalny tekst:

CATHOLIC “LOVE”
by Jeremiah Meyerfeld
Next to my father, my brother Mendl was the best builder in the area. When the Nazis came and our troubes started, he immediately began thinking of ways to save his children, who were in the greatest danger. He took his two young, blond children in his arms and went to the Polish construction workers whom he had employed for many years. He begged them to take the children into their homes, maybe they would survive.
The reply of these hospitable Catholics was that they would soon be living in his house anyway.
And that’s what actually happened. Not only did they kill their victims but they inherited their property…

Wspomnienie Szydłowca – NASI PRZYJAŹNI SĄSIEDZI – Neche Katz

Wykonane przeze mnie tłumaczenie z angielskiego jednego z fragmentów “Szydlowiec Memorial Book”.

NASI PRZYJAŹNI SĄSIEDZI przez Neche Katz
Kiedy stało się jasne, że Niemcy przygotowują się do likwidacji getta w Szydłowcu, mój narzeczony, Berl Buczyński, jego siostra, moja siostra i rodzina Icchaka Sharfhartza zeszliśmy do bunkra aby się ukryć. Było nas tam około dwudziestu, w tym sześć małych dzieci.
Nie da się opisać dni, które spędziliśmy w tej kryjówce z mordercami węszącymi wszędzie na zewnątrz ze strażniczymi psami i z rodzicami trzymającymi ręce na ustach swoich dzieci, aby powstrzymać je od wydania dźwięku.
Kiedy opuściliśmy bunkier, głodni i wyczerpani, byliśmy oszołomieni odkrywając nie Niemców, ale polskich strażaków i policję. Ukradli nam wszystko i zaprowadzili do bloku w którym znaleźliśmy wszystkich Szydłowieckich Żydów, którzy byli w ukryciu.
Pani Sharfhartz później wzięła pieniądze i biżuterię, którą zdołała ukryć i poszła do domu pobożnego chrześcijanina, który kiedyś pracował dla niej, wierząc, że zapewni on jej kryjówkę w zamian za kosztowności. W godzinę później wróciła, półnaga i posiniaczona. Polak chętnie ją zaprosił do siebie i wówczas zabrał kosztowności. Potem pobił ją i wyrzucił na ulicę…

Tekst oryginalny:

OUR FRIENDLY NEIGHBORS
by Neche Katz
When it became clear that the Germans were preparing to liquidate the Szydlowiec ghetto, my fiance, Berl Burchinsky, his sister, my sister, and Yitzhak Sharfhartz’s family went down into a bunker to hide. There were about twenty of us there, including six young children.
It is impossible to describe the days we spent in that hiding-place, with the murderers sniffing around outside with guard-dogs and parents holding their hands over the mouths of their children to prevent them from uttering a sound.
When we left the bunker, hungry and exhausted, we were stunned to find not Germans but Polish firemen and police. They stole everything from us and led us to the block where we found all the Szydlowiec Jews who had been in hiding.
Mrs. Sharfhartz later took the money and jewelry she had managed to hide and went to the home of a pious Christian who used to work for her, believing that he would provide her with a hiding-place in exchange for the valuables. An hour later she was back, half-naked and bruised. The Pole had gladly let her in and taken the valuables from her. Then he beat her and threw her out into the street…