Zbiórka na film o kryciu pedofilii w show-businessie i nie tylko

Kto miał okazję, ten już o tym ode mnie albo słyszał, albo widział w mojej ostatniej aktywności internetowej tu i ówdzie: zachęcam do dorzucenia się do zbiórki na na film dokumentalny o kryciu pedofilii w show-biznesie i innych środowiskach. To będzie ważny film – podobnie jak ważnym filmem jest “Tylko nie mów nikomu” Tomasza i Marka Sekielskich.

Tutaj link: https://zrzutka.pl/pkw6ys.

Za stworzenie filmu odpowiadać będzie Mariusz Zielke, niezależny były dziennikarz śledczy. Były, bo 10 lat temu odszedł z zawodu i poświęcił się pisaniu kryminałów. Zielke na początku sierpnia w publikacji internetowej oskarżył Krzysztofa Sadowskiego, byłego prezesa Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego, uznanego i wpływowego jazzmana, o pedofilię. Oskarżył na podstawie relacji ofiar Sadowskiego, które się do niego prywatnie zgłosiły zapewne w reakcji na książkę “Bejbi”, którą Zielke wcześniej napisał jako ghostwriter dla kobiety ukrywającej się pod pseudonimem “Monika M.”. Fabuła książki powstała na podstawie jej własnych doświadczeń życiowych, które zapoczątkowało spotkanie z “Koneserem” – muzykiem, który szukał i wybierał młodych ludzi do programów muzycznych emitowanych w największych polskich telewizjach.

Zielke nie będąc aktywnym dziennikarzem próbował “oddać temat” różnym redakcjom bez skutku – nikt nie był zainteresowany. Ostatecznie, nie mogąc zingorować pedofila na wolności i wbrew prośbom ofiar, aby nie ruszać tego tematu, postanowił podjąć własną inicjatywę. W ciągu kolejnych tygodni sierpnia działając samodzielnie, bez żadnego wsparcia finansowego ani poparcia środowiska dziennikarskiego z trudem przebijał się artykułami na swoim blogu i aktywnością w social mediach do szerszej publiki oraz przekonywał media do poważniejszego zajęcia się tematem. Niechęć mediów była obecna i była różnie tłumaczona – “nie mamy zasobów ludzkich”, “teraz nie jest na to czas” etc. Niektóre środowiska medialne odpowiadały niemalże wrogo próbując sportretować Zielkego jako wariata, oszusta, antydziennikarza. Podważano jego wiarygodność na różne sposoby. Tymczasem Zielke jest laureatem Grand Press w kategorii dziennikarstwo śledcze, kilkukrotnie nominowanym, uznanym dziennikarzem śledczym, który w swoim czasie brał udział w ujawnieniu bardzo poważnych afer dotyczących poważnych instytucji i znaczących osób.

Niektóre środowiska medialne próbowały temat Sadowskiego zawłaszczyć i nadać mu swoją własną narrację – w tym taką ograniczającą całą sprawę do jednostkowego, sensacyjnego wydarzenia, podczas gdy dla Zielkego temat jest jedynie początkiem dla większego, szerszego tematu:

“Mam kilkanaście zgłoszeń o innych pedofilach, którzy są ludźmi znanymi, ze świecznika (…) Postaram się udowodnić im winę. Chodzi o środowisko aktorskie, o środowisko reżyserskie, telewizyjne, ale też prawnicze.”

Mam nadzieję, że oprócz ujawnienia mechanizmów krycia pedofilii w tych różnych środowiskach, w filmie omówiony będzie też opór mediów i ich dziwne, niejasne zachowanie, które wygląda w najlepszym przypadku na nieprofesjonalizm. Przykładowo jedna z gazet w opublikowanym artykule wyjawiła informacje, których Sadowski nie posiadał a o których wiedza utrudni ofiarom dochodzenie sprawiedliwości na drodze prawnej.

Zachęcam do finansowego wsparcia inicjatywy.

Poza tym, zachęcam do śledzenia publikacji p. Zielke na jego stronach internetowych, na Facebooku i Twitterze. Obecnie upubliczniania przez niego sprawa Krzysztofa Sadowskiego wiąże się nie tylko z ukazaniem tragedii ofiar, ujawnieniem “ślepoty” środowisk artystycznych i show-biznesu (bo jak się okazuje, od lat “wszyscy wiedzieli”), z celebrytami chroniącymi swoje kariery, ale w tle pojawiają się też niepokojące wątki polityczne i finansowe. Niewykluczone, że w tle będą też służby specjalne.

Moje narzędzia pracy w 2019 roku

W ślad za podobnym postem z 2017 roku chciałbym przedstawić co najczęściej pojawia się w mojej codziennej pracy.

Systemy operacyjne

Najczęściej Windows 10 oraz Windows 7 do prac w środowisku graficznym. Do prac innego rodzaju – a w szczególności prac serwerowych – Linuxy. Najczęściej CentOS 6/7, rzadziej Ubuntu i jego warianty.

Oprogramowanie

  • Za menedżer plików w systemie Windows służy mi darmowy Double Commander. W Linuxach nie korzystam z żadnego specjalnego menedżera. Jeżeli czegoś nie chce mi się wypisywać z linii poleceń to stosuję prosty webowy menedżer zawarty w Webmin.
  • Klient bazy danych dla Windows to HeidiSQL. Z poziomu Linuxa po prostu polecenie mysql. Gdy się nie da inaczej, używam webowego phpMyAdmin lub Adminer. Ostatnie lata skierowały mnie w zasadzie głównie do pracy z MySQL i MariaDB. Gdzieś się zapodziały Oracle i PostgreSQL.
  • Do przesyłu plików tylko WinSCP.
  • Do pracy przez SSH tylko PuTTY z dodatkiem Pageant jako że preferuje łączenie z użyciem kluczy SSH nad loginy i hasła. Takie połączenie jest wspierane przez HeidiSQL i WinSCP. Poza tym, często korzystam z tunelowania SSH i wymienione narzędzia dobrze je wspierają.
  • Do wersjonowania kodu: tylko git i do wygodnej pracy desktopowej GitHub for Desktop. Naturalnie na Linuxach git z linii poleceń. Wykupione płatne konto w GitHub.
  • Edytory kodu: w środowisku desktopowym najczęściej Atom a gdy się nie da to Notepad++. W najgorszym wypadku może być cokolwiek, np. Notatnik. Nie przeszkadza mi brak kolorowania składni czy innych bajerów. W systemach Linux przekonałem się natomiast do Vim.
  • Przeglądarki internetowe bardzo standardowe: Chrome, Firefox, Edge.
  • Do prac graficznych: IrfanView oraz Paint.Net.
  • Do różnych diagramów wykorzystuję yEd.
  • Menedżer haseł: KeePass 2.
  • Do prac z webservice’ami: SoapUI. Nowe wersje trochę działają chyba inaczej (gorzej?) niż starsze, ale SoapUI używam i tak wtedy, gdy naprawdę już nie chce mi się napisać kodu albo muszę coś bardzo szybko sprawdzić.
  • Obsługa kontenerów – docker z linii poleceń, ale częściowo webowa obsługa z użyciem Portainer . Szczególnie użyteczne przy rożnego rodzaju dziedziczonym kodzie, ale nie tylko. Kontenery dużo porządkują.

Frameworki i języki programowania

  • Ostatnie lata to głównie PHP z okazjonalnym pojawianiem się jakiś odmian Javy, Pythona i innych takich. Tym nie mniej przyszłość rysuje się bardzo PHP-owo.
  • Stawiam Laravel ponad Symfony.
  • Arkusze stylów: SASS.
  • VanillaJS ponad jQuery i inne takie, chociaż nie zawsze się da, bo nie działając w zespole nie każdy ma chęć pisać w czystym JS.

Inne

  • Rejestracja domen: od lat w gnum.pl. Ceny mają najlepsze, ale trzeba się pilnować, bo czasami wyślą powiadomienie o wygasaniu a czasami nie.
  • Certyfikaty SSL – Let’s Encrypt wszędzie, gdzie to możliwe.

Osa na dłoni

Czasami tęsknię do trzymania osy na dłoni.

Gdy byłem dzieckiem wszyscy przestrzegali mnie przed pszczołami i trzmielami, ale jakoś nikt nigdy nie twierdził, że osy są groźne, więc żyłem w przeświadczeniu, że osy nie żądlą i że w ogóle są to fajne owady, takie kolorowe i raczej wesołe. Zaliczałem je do tak samo niegroźnych stworzeń jak muchy, motyle czy ćmy. Jakoś nigdy nie pokojarzyłem, że paskowany odwłok coś może oznaczać. Gdy więc osa wpadała do domu to podchodziłem, brałem ją delikatnie na dłoń, aby nic jej nie zrobić i spokojnie wynosiłem ją na zewnątrz mając poczucie życia w przyjaźni i zgodzie. Czyniłem tak wiele, wiele razy. Pewnego razu, gdy miałem już może 15 lat zauważył to mój tata i zaskoczony krzyknął, że co ja wyprawiam i że zaraz mnie osa użądli. Popatrzyłem na niego z niedowierzaniem, powiedziałem, że przecież osy nie żądlą i spokojnie wyniosłem ją z domu. Później jednak doszło do mnie, że ton głosu taty nie był wcale żartobliwy i sprawdziłem w stosownych źródłach, że osy jednak żądlą. I wtedy zrodziło się we mnie przerażenie, które sprawia, że do dzisiaj nie miałem żadnej osy w ręku i jakaś nerwowość we mnie wstępuje, gdy widzę taką. Wcale nie czuję się z tym dobrze. Czuję, że coś fajnego i ważnego zostało mi odebrane. Bo fajnie było się tak kumać z osami.

Jak odzyskać dokumenty niepłacowe bliskiej zmarłej osoby z ZUS

Można to zrobić przez Internet z użyciem platformy ZUS PUE. Należy sporządzić załącznik do druku ZUS ZZU, załączyć go i stosownie wypełnić sam druk, wysłać i cierpliwie czekać – może to zająć 1-2 miesiące a po drodze jeszcze ZUS może się kontaktować chcąc wyjaśnić dokładnie co i jak. W moim przypadku urząd był bardzo uprzejmy i dzwonili jedynie po to, aby wyjaśnić, że mogą wykonać dla mnie kopie bez żadnego specjalnego poświadczenia za zgodność z oryginałem bo sami dysponowali tylko kopiami dokumentów. To, co otrzymałem to świadectwa pracy, świadectwo dojrzałości, dyplom, dokumenty związane z urlopami i zasiłkami. W kontakcie z urzędem polecam odnotować kto się zajmuje sprawą i jak do tej osoby się dodzwonić zwrotnie, aby móc ewentualnie dopytywać na czym sprawy stoją.

Cała sprawa kosztowała mnie 0 zł (zero), nie musiałem ruszać się z domu, urząd nie robił żadnego problemu.

Załącznik w moim przypadku miał taką treść jak niżej na obrazku oraz w tekście pod obrazkiem (do wygodnego skopiowania do własnego dokumentu):

Wniosek o udostępnienie dokumentów nie stanowiących dokumentacji płacowej

WNIOSEK

Udostępnienie dokumentów nie stanowiących dokumentacji płacowej

Jako syn i spadkobierca zmarłej/zmarłego w XXXX roku Aaaaaaaa Bbbbbbb (PESEL: 11223312345, NIP 123-456-78-90, legitymacja
ubezpieczeniowa AB 01234567, córka/syn Ccccccc i Ddddd Eeeeeeów, ostatnio zamieszkała/y Ffffffffff ul. Gggggggggg 12) proszę
o udostępnienie dokumentów (oryginałów, kopii, fotokopii czy skanów – tak jak to dla Was wygodne i możliwe) nie
stanowiących dokumentacji płacowej a będących dokumentacją niearchiwalną o czasowym okresie przechowywania
(kategoria B) czyli:

  • życiorysy,
  • świadectwa ukończenia szkół i kursów,
  • akta USC,
  • zaświadczenia (o zatrudnieniu, o stanie zdrowia, o odbytej służby wojskowej i inne),
  • protokoły (np. powypadkowe),
  • inne, niefinansowe dokumenty (ankiety, kwestionariusze, zdjęcia, książeczki ubezpieczeniowe, listy kierowane do ZUS,
    zeznania świadków itp.)

przedłożonych do ZUS przez Aaaaaaaa Bbbbbbb.

Wymienione dokumenty chcę pozyskać do celów rodzinno-spadkowych.

Aaaaaaaa Bbbbbbb pod koniec jej/jego życia obsługiwał inspektorat ZUS w Ffffffffff.

Dane kontaktowo-korespondencyjne do mnie to: Hhhhhhhhh Iiiiiiiii, 01-234 Jjjjjjjjjj, ul. Kkkkkkkkkk 12 m. 34, telefon 123 456 789, hhhhhhhhh.iiiiiiiii @lllllll.com.

Sprawne określanie użycia dysku w określonym folderze systemie Linux

Podstawowym narzędziem do oceny użycia dysku jest du, które można dodatkowo okiełznać użytecznym aliasem, aby wyniki od razu sortować np.:

alias folder-size='du --all --human-readable --max-depth=1 --block-size=1M | sort --human-numeric-sort'

Albo wersja o wyższych uprawnieniach:

alias folder-size-sudo='sudo du --all --human-readable --max-depth=1 --block-size=1M | sort --human-numeric-sort'

Powyższe rozwiązania wciąż mają istotną wadę: nie wykrywają poprawnie plików ukrytych (.) i w związku z tym próbując dociec co zajmuje miejsce na serwerze możemy namierzyć folder, ale możemy nie móc namierzyć konkretnego pliku.

Jedynym sensownym rozwiązaniem powyższego jest tak naprawdę użycie narzędzia ncdu, które w sposób interaktywny (z użyciem ncurses) pozwala badać dany folder.

W przypadku CentOS instalacja jest banalna: sudo yum install ncdu. W przypadku innych Linuxów zapewne będzie analogicznie.

Wklejenie tekstu przez symulowane wpisywanie

Niektóre interfejsy blokują możliwość wklejenia tekstu poprzez standardowe CTRL+V lub wybranie pozycji “Wklej” z menu a wymuszają wpisywanie tekstu ręcznie. Taki przypadek miałem ostatnio korzystając z Platformy Usług Elektronicznych ZUS, która obsługę formularzy realizuje przez już trochę przestarzałą technologię Flash.

Aby sobie dać radę z takim czymś należy zainstalować sobie aplikację AutoHotkey a następnie utworzyć sobie gdzieś skrypt podpinający pod CTRL+SHIFT+V wklejanie przez symulowanie użycia klawiatury i go uruchomić. Od teraz wskazany skrót klawiszowy wkleja tekst symulując naciśnięcie serii klawiszy.

Dlaczego nie jesteśmy maszynami?

Rozwój technologii, pojawianie się rozmaitej “sztucznej inteligencji” oraz fantazja twórców science-fiction mogą prowadzić do pytań: czy kiedykolwiek stworzymy inteligentne, świadome maszyny? Albo czy my sami jesteśmy jakimś rodzajem maszyny?

Osoby bez wykształcenia informatycznego oglądając takie seriale jak “Westworld”, które sugestywnie ukazują inteligentne maszyny jako rodzaj istot świadomych, mogą ulec przeświadczeniu, że maszyny mogą stać się świadome. Nie jest to możliwe i zaraz wyjaśnię dlaczego. Najpierw jednak rozważmy pewien obszar styku pomiędzy maszynami, organizmami żywymi oraz nami, ludźmi, w szczególności – widzenie obrazów.

Osoby bez wykształcenia informatycznego czasami pytają: jak to jest możliwe, że komputery mogą przetwarzać obrazy czy dźwięki? Jak można zamknąć obraz ze świata – może to być obraz ruchomy, film, 3D – w postaci jakiegoś mikro-pojemnika na dane i później to wyświetlać w różnych wspaniałych rozdzielczościach, kolorach i efektach?

Odpowiedź brzmi: zachodzi w tym wszystkim pewne oszustwo. W tym oszustwie biorą udział dwie strony: komputer oraz ludzki umysł. Komputer przetwarza dane na temat obrazów jako zbiór kolorowych punktów. Tych punktów może być sto, milion, miliard – bardzo różnie. Zawsze jednak są to po prostu pewne punkciki, które ułożone obok siebie na ekranie będą jawić się ludzkiemu obserwatorowi jako pewna całość, jakieś kształty.

Pomiędzy ekranem a umysłem ludzkim jest po drodze jeszcze oko i mózg. Obraz z ekranu monitora oko odbiera za pomocą pewnej liczby specjalnych światłoczułych komórek zwanych pręcikami i czopkami. Jest ich wiele, ale są policzalne. Może ich być sto, milion, miliard – bardzo różnie. Zawsze jednak są to po prostu pewne komórki, które ułożone obok siebie na dnie oka przechwytują obraz z punkcików monitora i przekazują do mózgu.

W mózgu znajdują się sieci komórek nerwowych. Komórek tych jest wiele, pełnią różne funkcje. Ponownie może ich być sto, milion, miliard – bardzo różnie. Ponownie opracowują one pewne policzalne impulsy elektryczne. Tych też może być sto, milion, miliard – bardzo różnie.

I na końcu dzieje się coś zupełnie innego niż dotychczas. Z tych komórek mózgowych w jakiś sposób nieznany nauce informacja trafia do czegoś, co nazywamy umysłem, co jest jakościowo bardzo, bardzo inne, niż wszystko co do tej pory w tym procesie omówiliśmy. Jest inne, bo… zdaje się nie operować na policzalnych punktach, komórkach, impulsach. To, co widzi “oko umysłu” nie jest złożone z drobinek czegokolwiek. Zdaje się być zbudowane z ciągłości. Z ciągłych obszarów, linii, zawsze połączonych i tworzących jakąś całość.

Oto bowiem cechą umysłu jest to, że z rozdzielonych elementów wytwarza on postrzeżenie świata jako ciągłego.

Linia rozdzielnych punkcików na ekranie monitora wydaje nam się być linią ciągłą.

Zmieniające się klatki filmu – 25 klatek na sekundę – nagle uzyskują iluzję ruchu.

Umysł odbiera też pewne kombinacje kolorów, które w sensie fizycznym nie mają długości fali. Oznacza to, że te kolory, jako fale elektromagnetyczne, nie istnieją w świecie fizycznym.

One istnieją, wyłącznie w odbiorze umysłu.

Takimi kolorami są np. różowy, brązowy.

Z drugiej strony, w świecie fizycznym istnieją długości fal, których nie widzimy: podczerwień, nadfiolet. Nie widzimy ich z powodu ograniczeń ludzkiego oka. Nie wiemy czy umysł ludzki mógłby widzieć te barwy i jakby wyglądały. Wiemy, że niektóre zwierzęta mają zdolność widzenia szerszego spektrum fal elektromagnetycznych.

Inny, zdumiewający przykład ciągło-twórczej zdolności umysłu, to zamaskowanie braku obrazu z obszaru tzw. ślepej plamki. W naszym oku jest bowiem miejsce, które nie ma czopków i pręcików – czyli oko tym miejscem nie spostrzega niczego. Mimo to, nie widzimy “dziury” w naszym obrazie! Są proste ćwiczenia pozwalające praktycznie przekonać się o tym.

Wychodząc poza obszar widzenia: tak samo jest np. z dźwiękiem. Dźwięk z komputera to rozdzielne impulsy. Umysł potrafi je połączyć w muzykę.

Gdy komputer, bio-mechaniczne elementy oka czy mózgu, przetwarzają “dane” o świecie, to są one nie-ciągłe oraz surowe. W jakiś sposób przechodząc z mózgu do umysłu ulegają one “przetłumaczeniu” na zjawiska ciągłe.

Nie wiemy jak do tego dochodzi. Nie wiemy czym jest umysł, który bez wątpienia doświadczamy. Nie potrafimy w najmniejszym stopniu do zrekonstruować mechanicznie. Nasze maszyny nie mają natury ciągłej. One wszystkie informacje przetwarzają jako drobinki informacji, rozczłonkowane dane. Nigdy nie dzieje się inaczej. (Niektóre maszyny do pewnego stopnia symulują pewne ciągłości dokonując matematycznych transformat, ale u podstaw i tak zawsze są rozdzielne zera i jedynki.)

To, że maszyny potrafią współcześnie być obdarzone możliwościami przypominającymi ludzkie, nie powinno dziwić. Ludzkie ciała do pewnego stopnia są dosyć mechaniczne. Niewątpliwie będziemy potrafili konstruować maszyny będące jak ludzkie oko (już potrafimy: aparaty, kamery) oraz jak zbiory komórek mózgowych – to są właśnie sieci neuronowe. Nie wiemy jednak nic na temat “konstruowania umysłu”.

Warto zauważyć, że w kontekście maszyn nie jest wiadomo do czego takowy umysł miałby im służyć. Warto zauważyć, że można zadać to pytanie w inną stronę: do czego umysł służy ludziom? Do czego nam jest potrzebne doświadczanie świata w ciągłości? Po co nam widzieć pewne kolory? Można zadawać wiele pytań, aby na końcu zadać: po co nam być świadomymi? Umysł tłumacząc rozproszone dane na ciągłości zdaje się tworzyć nas samych – z tych naszych policzalnych komórek mózgowych, policzalnych impulsów, myśli, wytwarza wrażenie ciągłego ja. Pytanie brzmi: po co? Po co jesteśmy? Dlaczego doświadczamy siebie, własnego istnienia? Czy jest ono iluzoryczne tak jak ruch z 25-klatkowego filmu? Jeżeli tak, to kto jest tą iluzją istnienia oszukany?

Wracając do pytania tytułowego: nie jesteśmy maszynami, bo jakkolwiek nasze fizyczne istnienie posiada pewne “mechaniczne” atrybuty, to posiada też niereplikowalny, niekonstruowalny aspekt zwany umysłem, który zdaje się m.in. zajmować tłumaczeniem danych nie-ciągłych na ciągłe. Nie tylko nie możemy maszynom takiego dotworzyć – nie mamy nawet żadnego powodu, aby to zrobić, bo nie wiemy co miałoby to maszynom dać. Sami nie do końca wiemy, po co my go mamy.

Oprogramowanie wspomagające inspektorów ochrony danych

Krótka lista poleconego mi przez innych oprogramowania w kolejności alfabetycznej (jeszcze nie sprawdzałem żadnego z tych programów):

Jak widać, sporo produktów powstało. Niektóre usługi kosztują całkiem sporo jeżeli zważyć na to, że zasadniczo IOD jest w stanie swoje obowiązki wykonywać na bazie podstawowych arkuszy kalkulacyjnych, czyli w zasadzie za 0 zł. No ale w tym bałaganie, który nastał, wartością dodaną dobrego oprogramowania jest zapewne nie tylko to, co robi, ale też to, że porządkuje wszystko od A do Z. Początkujący IOD może nie mieć wszystkiego dobrze ułożonego w głowie.

Czy istnieje coś takiego jak klauzula informacyjna?

W obszarze ochrony danych osobowych od pewnego czasu funkcjonuje dosyć powszechnie taki termin jak “klauzula informacyjna”. Jest to potoczna i niepoprawna nazwa dla informacji, które administrator danych osobowych ma przekazywać osobom, których dane przetwarza (w kontekście RODO chodzi o art. 13 i art. 14). Dlaczego jest niepoprawna? Bo klauzula to:

1. «zastrzeżenie lub warunek w umowie, układzie, traktacie itp.»
2. «końcowy odcinek wersu o stałej budowie określanej przez reguły danego systemu wersyfikacyjnego»
3. «w retoryce starożytnej: zakończenie zdania lub jego części określonym układem sylab długich i krótkich»
4«zwrot melodyczny głosu w kadencji»

Słownik Języka Polskiego

Jest to więc postanowienie lub warunek w umowie. Nie jest to zestaw informacji prezentowany poza umową, nie jest to żadne samodzielne oświadczenie, obwieszczenie, poinformowanie.

Dla porównania, zobaczmy prawdziwą klauzulę informacyjną.

Przykładowo “dużą klauzulą informacyjną” nazywano postanowienie zawarte w umowie w Umowie pomiędzy Polską a Bułgarią z 1994 roku, wspomina o tym Sąd Najwyższy w jednym ze swoich orzeczeń:

Z treści art. 27 ust. 1 umowy z dnia 11 kwietnia 1994 r. między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Bułgarii w sprawie unikania podwójnego opodatkowania w zakresie podatków od dochodu i majątku wynika, że: “Właściwe władze Umawiających się Państw będą wymieniały informacje konieczne do stosowania postanowień niniejszej umowy, a także informacje o ustawodawstwie wewnętrznym Umawiających się Państw, dotyczące podatków wymienionych w niniejszej umowie, w takim zakresie, w jakim opodatkowanie, jakie ono przewiduje, nie jest sprzeczne z umową, jak również informacje zapobiegające uchylaniu się od opodatkowania.” (tzw. duża klauzula informacyjna)

I SA/Kr 232/13 – Wyrok WSA w Krakowie

A o “małą klauzuli informacyjnej” możemy się dowiedzieć z “Orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawach podatkowych: Komentarz” (Włodzimierz Nykiel, Adam Zalasiński, 2014 rok):

Pojęcie “małej” i “dużej” klauzuli informacyjnej występuje nie tylko w języku polskim. W języku angielskim są to odpowiednio “minor” oraz “major information clause”. Przykład:

“The Swiss Twist: The Exchang eof-Information Provisions of the Canada-Switzerland Protocol” by Gilles Larin and Alexandra Diebel, Canadian Tax Journal / Revue Fiscale Canadienne (2012) 60:1, 1 – 54

Jak widać na przykładach, klauzula informacyjna to postanowienie umowne dotyczące wymiany informacji (głównie w sprawach podatkowych) pomiędzy państwami.

Sprawdziłem, czy ktokolwiek w języku angielskim stosuje “information clause” wobec GDPR (czyli RODO). Owszem, są takie pojedyncze przypadki – dotyczą anglojęzycznych tłumaczeń polskich informacji administratora. 🙂 Nie znalazłem ani jednego przypadku, który by temu przeczył.

Czyli że to my w Polsce sobie wymyśliliśmy tę klauzulę informacyjną w RODO i jeszcze eksportujemy ten pomysł na zewnątrz. 🙂

Czy mamy szansę poprawić nasze słownictwo? Może to nie być łatwe – o ile w ogóle byśmy tego chcieli. “Klauzula informacyjna” przyjęła się powszechnie, wydaje się być jednoznacznie rozpoznawana, brzmieniem swoim budzi stosowne przerażenie i powagę oraz ma kiepską konkurencję (np. niektórzy używają również niezbyt udanego terminu “obowiązek informacyjny”, rzadko trafia się brzmiąca ogólnie “informacja administratora”). Dodatkowo jej użycie wspiera Urząd Ochrony Danych Osobowych w swoich publikacjach:

Kończąc, może warto, abym wspomniał ciekawostkę historyczną, że poprzednik Urzędu, GIODO, też posługiwał się tym terminem i to długo zanim to było modne, bo już w 2007 roku w publikacji “ABC wybranych zagadnień z ustawy o ochronie danych osobowych“. I co ciekawe, w tekście tym występują nie tylko “klauzule informacyjne” (wówczas odnoszące się do art. 24 i art. 25 UODO ’97) ale też “klauzule zgody”.