Awaryjne chłodzenie GPU z użyciem wentylatora od obudowy komputera

Gdy w karcie graficznej zepsuje się wentylator a trzeba na komputerze stacjonarnym móc pracować, warto spróbować pożyczyć sobie wiatraczek od obudowy czyli chassis fan. Takie wiatraczki to małe ustrojstwa rzekomo odprowadzające powietrzę z obudowy. Nie są więc ściśle wprost związane z chłodzeniem jakiegoś podzespołu. W sytuacji awaryjnej obudowę można otworzyć a wiatraczek przełożyć gdzie indziej.

Należy więc wymontować kartę graficzną, odpiąć i zdjąć jej własne wentylatory i włożyć kartę z samym radiatorem na swoje miejsce. Następnie wentylator od obudowy należy umiejscowić odpowiednio przy karcie, aby ruch powietrza przechodził przez żebra radiatora – można to zrobić prowizorycznie dosłownie „na drucik” wiążąc np. do elementów obudowy, okolicznych przewodów itp. Wentylator warto podłączyć tak, aby jego prędkość była stała a nie sterowana, co można osiągnąć podłączając do 3-pinowego złącza na płycie głównej. Złącz dla wentylatorów na płycie może być wiele, te 4-pinowe pozwalają na regulację obrotów a 3-pinowe teoretycznie powinny utrzymywać stałą maksymalną prędkość, Wentylator z wtyczką na 4 piny można bezpiecznie podłączyć do 3 pinów, brakujący pin jedynie przełoży się na brak regulacji obrotów. Regulacja jest w tym wypadku nie tyle niepotrzebna co niepotrzebnie skomplikowana, bo do takiej potrzeba by sparować czujnik temperatury GPU z chłodzeniem płyty głównej. Nie sprawdzałem, ale być może da się to wyregulować używając np. programu SpeedFan.

Jak się sprawdza takie awaryjne podłączenie? W przypadku u mnie niedawnym dla karty RX 570, która na swoim oryginalnym chłodzeniu osiągała w warunkach pracy biurowej zwyczajne temperatury, na pracy awaryjnej jest tak:

  • Temperatura przy jednym monitorze 4k, praca biurowa: 39 stopni C
  • Temperatura przy dwóch monitorach 4k, praca biurowa: 51 stopni C
  • Film na Netflix na jednym monitorze 4k w formacie UHD: 70 stopni C

Do czasu wymiany wentylatorów na właściwe, awaryjne rozwiązanie jest więc zupełnie bezpieczne i wystarczające do zastosowań biurowych i domowych.

Joga Programowania

Ten wpis jest kopią archiwalną z moich postów i komentarzy na pewnym wyjątkowym forum dla społeczności IT, na którym publikuję żarty, urządzam prowokacje, dzielę się refleksjami. Generalnie dokuczam kolegom i koleżankom z branży, inspiruję dyskusje i kłótnie.

Świadomy Celibat jest dla elity najbardziej uduchowionych i jest bardzo zdrowy – wprowadza nas w realia życia poza ludzkiego, wiecznego. Ludzie o niskich wibracjach nie będą potrafili go utrzymać, niech nie próbują. Również zmuszanie do niego nie jest dobre dla osoby na niskim poziomie. Dlatego ja Wam wyjaśnię jak podnieść swoje wibracje i świadomie wybrać duchową drogę celibatu. Należy podjąć się Jogi Programowania. Nie chodzi o ćwiczenia gimnastyczne, bo joga to pojęcie szersze – w winnym tłumaczeniu oznaczać może unię ale też jarzmo – trud. Joga Programowania wymaga totalnego zjednoczenia z językiem programowania własnego wyboru. Musisz podjąć codziennie kontemplacje nad słowami kluczowymi, codzienne wizualizacje pętli, rekurencji i innych konstruktów. Należy podjąć też ćwiczenia oddechowe i ćwiczenia skupienia. Jeżeli w Twoim języku używa się średników to będzie to Twój symbol skupienia. Jeżeli są nawiasy klamrowe to one będą spinać Twoje doświadczenie. Jeżeli jest to język oparty o wcięcia z użyciem białych znaków, będziesz musiał ćwiczyć rytm oddechu do rytmu tych wcięć. Wiele jeszcze jest ćwiczeń, ale to nie koniec. Wschodnie ezoteryczne szkoły programowania mają praktyki kontrowersyjne, prawie bałwochwalcze, polegające na oddawaniu czci twórcom danego języka. Portret lub portrety zawiesza się w jednym z pokojów domu i generalnie robi tam kapliczkę. To jest cała oddzielna gałąź jogi programowania.

Mógłbym o tym mówić godzinami, nie wiem czy to ma sens. Wchodzimy w obszar wiedzy tajemnej, która nie dlatego jest tajemna, że ukryta przed oczami i uszami ludzi, ale dlatego, że umysły ich zbyt są skupione na iluzjach doczesności: fałszywych konwencjach, zasadach tworzenia software’u. Dostęp do głębszej wiedzy wymaga wewnętrznego oczyszczenia. Niektórzy potrzebują defragmentacji jak stare dyski talerzowe, co też swoją drogą łączy się z ezoteryczną doktryna siedmiu czakramów informatycznych, czyli wirtualnych talerzowych dysków zasilających astralny RAID. (Dopiero prawdziwe oświecona osoba może dostąpić przemiany helisy DNA w 12 wątkową fabrykę genetyczną, która upgrade’uje te dyski do postaci podobnej do SSD.)

Bądźcie ostrożni z zakupem monitora Samsung U28W590D

Zakupiłem ten monitor tanio na Allegro i widzę, że sporo modeli tego sprzętu się sprzedaje. To jest bardzo dobry monitor 4K 60Hz do pracy biurowej, ale nieużyteczny do oglądania Netfliksa czy korzystania z niektórych usług strumieniowych z kilku przyczyn:

  • wejście HDMI 2, które zgodnie ze specyfikacją oraz z treścią instrukcji powinno obsługiwać 4k 60 Hz nie osiąga tej rozdzielczości – napiszę o tym jeszcze niżej
  • monitor nie obsługuje HDCP 2.2 (aczkolwiek można to obejść odpowiednimi konwerterami o czym już kiedyś pisałem)

No ale co z tym 4k 60Hz? Ono jest dostępne przez DisplayPort (który nie obsługuje HDCP w ogóle) a powinno być dostępne przez gniazdo HDMI 2, ale nie jest. Wiem, że nie jest, bo próbowałem każdej kombinacji sprzętu, kabli oraz ostatecznie przeglądałem dane EDID a nawet próbowałem podstawić fałszywe dane EDID zgodne z parametrami zawartymi w instrukcji. Rozmaite kombinacje z użyciem CRU wyczyniałem, dodawałem rozdzielczości, edytowałem bloki danych itp.

W skrócie: nie, ten monitor nie obsługuje 4k 60Hz poprzez HDMI. Tylko DisplayPort.

Nie wiem czy to pomyłka w specyfikacji czy jakiś inny problem. Wiele osób w Internecie opisuje ten problem. Pojedyncze osoby twierdzą, że u nich w końcu zadziałało, ale podejrzewam, że mogą mieć nowsze modele, w których może naprawiono jakiś błąd z tym związany albo wgrano nowy firmware.

Natomiast ciekawostka: monitor podobno daje się przetaktować na wyższe rozdzielczości. Najwyższa, o której słyszałem w przypadku tego modelu to 5K czyli 5120×2880. Próbowałem nawet taką osiągnąć, ale bez skutku.

Wymuszenie 4K (obsługi VP9) w Google Stadia

Usługi chmurowe poświęcone grom komputerowym mają swoje problemy analogczine do HDCP z usług streamingowych, ale łatwiejsze do rozwiazania. W przypadku Google Stadia wymagana jest obsługa dosyć starego kodeka VP9. Problem w tym, że Stadia go czasami wykrywa a czasami nie wykrywa. Być może ma to związek z tym, że producenci kart graficznych czasami zapewniają jego pełne sprzętowe wsparcie, czasami hybrydowe a czasami w ogóle. Tym nie niej system Windows pozwala pobrać z Microsoft Store darmowe sterowniki software’owe, więc teoretycznie zawsze VP9 powinno być dostępne w Windows 10.

No ale właśnie – Google Stadia twierdzi, że nie mamy VP9 i co mu zrobisz.

Otóż znaleziono obejście tego problemu. Trzeba użyć przeglądarki Chrome i doinstalować do niej rozszerzenie Stadia Enhanced. Wówczas na głównej stronie Stadia pojawią się strzałki, których kliknięcie rozwinie menu różnych dodatkowych opcji. M.in. będzie tam „Codec” oraz „Resolution”. Wybranie rozdzielczości 2160p automatycznie ustawi kodek na VP9.

Sprawdzenie zgodności z HDCP 2.2 w Windows 10

Diagnozowanie

Metoda #1 – Microsoft Edge plus Netflix / Amazon / etc.

Wbrew pozorom sprawdzenie czy komputer z Windowsem jest w stanie przetwarzać sygnał multimedialny chroniony przez HDCP 2.2 nie jest zadaniem łatwym. Nie ma żadnego wbudowanego programu diagnostycznego wbudowanego w system operacyjny a producenci kart graficznych nie zawsze ułatwiają to ze swojej strony – np. AMD wycofało ze swojego oprogramowania wszystkie opcje dotyczące HDCP nawet wbrew życzeniom użytkowników, którzy chcieli zachować przynajmniej możliwość wyłączenia obsługi tej ochrony treści (bo konfliktowała z niektórymi urządzeniami).

Można oczywiście próbować metodą prób i błędów dedukować jakie HDCP aktualnie jest dostępne poprzez sprawdzanie np. jakie rozdzielczości są dostępne w usłudze streamingowej (np. Netfliks), ale wymaga to licznych niewygód:

  • wykupienia najdroższego płatnego planu premium,
  • testowania wyświetlania różnych treści z użyciem niejawnych narzędzi diagnostycznych – w przypadku Netfliksa konieczne jest włączenie treści, która powinna być dostępna w 4K, w przeglądarce Edge lub natywnej aplikacji z Microsoft Store (inne przeglądarki takie jak Chrome, Firefox, Safari nie są obsługiwane) i posłużenie się skrótem klawiaturowym CTRL+ALT+SHIFT+D, aby wyświetlić parametry streamingu.

No i teraz według powyższej metody jeżeli narzędzie diagnostyczne wyświetla rozdzielczość 1280×720 to nie ma w ogóle HDCP lub jest ono w wersji niższej niż 1.4. Jeżeli rozdzielczość to 1920×1080 to HDCP jest w wersji 1.4. Jeżeli rozdzielczość jest wyższa, to HDCP 2.2.

No OK, ale co jeżeli wiemy, że powinniśmy mieć HDCP 2.2 a nie mamy? Problem w tym, że aby HDCP zadziałało, wszystkie komponenty włączone w proces wyświetlania powinny być zgodne z tym standardem: karta graficzna, kabel HDMI, wszystkie podpięte monitory. Istnieje możliwość, że blokada może być na poziomie płyty głównej i procesora, aczkolwiek tylko w starszym sprzęcie tego typu. Wymóg zgodności na każdym etapie sprawia, że dla wielu użytkowników komputerów PC uruchomienie transmisji z HDCP 2.2 jest niemalże niemożliwe bez podjęcia wyjątkowych wysiłków.

Metoda #2 – Diagnostyka zgodności dla UHD Blu-Ray

Istnieje inny sposób niż „sondowanie Netfliksem”, który jest mniej kłopotliwy i ma kilka dodatkowych zalet. Można użyć cyfrowego „doradcy” stworzonego przez firmę CyberLink, który ma sprawdzać, czy zestaw komputerowy jest odpowiedni do obsługi ich czytnika UltraHD Blu-Ray – do pobrania tutaj.

Przykładowe okno programu prezentuję poniżej:

Nie wszystkie z badanych przez program opcji są istotne dla diagnozy czy mamy poprawną łączność HDCP 2.2. Interesuje nas tak naprawdę tylko pozycja „HDCP 2.2 (GPU/Display)”, która bada zgodność karty graficznej oraz wszystkich podpiętych do niej monitorów. Przy okazji możemy też sprawdzić obsługę HDR. Istotna może być obsługa kodeków HEVC, AVC.

Jak pogodzić HDCP 1.4 i 2.2

Urządzenia o różnych wersjach HDCP powinny działać na poziomie najniższej z wersji, ale możliwe jest obejście tego problemu i uruchomienie urządzenia zgodnego z HDCP 1.4 jako zgodnego z HDCP 2.2. Koniecznie jest użycie do tego specjalnego sprzętowego konwertera. Miałem okazję testować konwenter dwukierunkowy Digitus DA-70471. Nowy kosztuje obecnie około 150 zł ale używany można kupić już za 20 zł (i ja tak kupiłem na Allegro).

Konwerter działa w ten sposób, że podłącza się do niego dwa przewody HDMI: jeden jako źródło sygnału („IN”) a drugi jako przewód do urządzenia odbiorczego („OUT”). Urządzenie wykrywa jakie wersje HDCP używane są przez urządzenia na wejściu i wyjściu i automatycznie wybiera rodzaj konwersji:

  • HDCP 1.4 konwertowane do HDCP 2.2
  • HDCP 2.2. konwertowane do HDCP 1.4
  • brak konwersji gdy obie wersje HDCP są identyczne

W moim teście urządzenie zadziałało: CyberLink Advisor dał się oszukać, że monitor obsługujący HDCP 1.4 jest w rzeczywistości urządzeniem zgodnym z HDCP 2.2. Natomiast już Netflix oszukać się nie dał, ponieważ wśród wymogów tej usługi jest nie tylko formalna zgodność ze standardem ale też 60 Hz odświeżania obrazu a monitory oparte o łączność HDMI z użyciem HDCP 1.4 mogą ograniczać ją do 30 Hz i ten konwerter niestety tego nie zmienia.

Ucieczka w DisplayPort 1.2

Prawdopodobnym rozwiązaniem będzie zapewne użycie innego konwertera, aby przełożyć wyjście HDMI do wejścia DisplayPort 1.2 do monitora, które będzie w stanie obsłużyć sygnał 4K 60Hz. Nie próbowałem jednakże takich sztuczek, bo trudno było mi dostać taki konwerter w Polsce w rozsądnej cenie. Na polskim rynku większość tanich konwerterów HDMI do DisplayPort to stare produkty obsługujące wewnętrznie konwersje z HDMI 1.4, które nie potrafią przekroczyć bariery 4K 30Hz. Na rynku zagranicznym powoli się to zmienia. Najtańszy produkt konwertujący z HDMI 2.0 (a więc także i HDCP 2.2) na jaki trafiłem to Benfei HDMI to DisplayPort Adapter kosztujący w amerykańskim Amazonie 26 dolarów plus przesyłka do Polski.

W Polsce na Allegro udało mi się taki kupić powystawowy za 60 zł (ale jeszcze go nie testowałem) i odniosłem wrażenie, że to jakiś zupełny wyjątek od reguły, igła w stogu siana, którą znalazłem tylko dlatego, że wiedziałem dokładnie jakiej marki szukam i jak to wygląda na zdjęciu, bo w opis aukcji był niewystarczający, aby ktoś mógł odnaleźć ten adapter ot tak sobie.

Generalnie produkty tego typu są drogie. Zaraz po wspomnianym Benfei najtańsze konwertery za granicą kosztują 170 dolarów marki Gofanco oraz 200 dolarów marki SIIG. A później jest już tylko gorzej – ceny potrafią skoczyć do 400 dolarów. W Polsce niestety nowe adaptery widziałem w cenach ~1300 zł, co jest absurdalne, bo za tę cenę można kupić sprawny, używany monitor 4K z pełną obsługą HDCP 2.2, HDR i innymi bajerami.

Polecam więc polować na Benfei, sam niebawem przetestuję mój egzemplarz.

Zamiast SMTP można użyć API

Konfiguracja SMTP z różnych przyczyn nie zawsze jest łatwa i przyjemna a serwery linuksowe, które zwykle służą za fundament zapewniający pewne usługi, kryją wiele niespodzianek. Ostatnio zdecydowałem się nie walczyć więcej ze starymi rozwiązaniami tylko spróbować czegoś nowego i podpiąć kilka WordPressów pod zewnętrzne usługi mailowe obsługiwane poprzez dedykowane API. Dla wielu takich usługi istnieją gotowe wtyczki, ja użyłem WP Mail SMTP od WPForms, która w swojej darmowej wersji ma obsługę usługi Sendinblue. A znowuż a usługa w swojej darmowej wersji zapewnia 300 emaili dziennie, co jest wystarczające do potrzeb tych konkretnych WordPressów, a dodatkowo oferuje multum funkcjonalności związanych z np. analityką czy prowadzeniem kampanii. Jeżeli jest potrzeba, można wygodnie przejść na płatne subskrypcje lub wykupić za niewielkie pieniądze zwiększenie limitu maili.

Podłączenie Sendinblue za pomocą wskazanej wtyczki okazało się być banalne – wkleja się tylko klucz API i koniec. WordPress po prostu wysyła maile beż żadnych problemów. W samej usłudze można ewentualnie dokonfigurować domeny, nadawców, adresy IP, jeżeli jest taka potrzeba – i dzieje się to przez bardzo przyjazny interfejs.

Praca konfiguracyjna jest nieporównywalnie mniejsza, niż borykanie się z fochami linuxów, firewalli, urządzeń brzegowych, SELinuxa itp. a zyskuje się mnóstwo dodatkowych funkcjonalności.

Polecam.

Linux to system dla biedaków i tylko spróbuj udowodnić że tak nie jest

Ten wpis jest kopią archiwalną z moich postów i komentarzy na pewnym wyjątkowym forum dla społeczności IT, na którym publikuję żarty, urządzam prowokacje, dzielę się refleksjami. Generalnie dokuczam kolegom i koleżankom z branży, inspiruję dyskusje i kłótnie.

Linuksz – gorzka prawda

Bądźmy szczerzy, Linux to nie jest poważny system operacyjny. Ot, trochę dykty poklejone na ślinę i powiązane niteczką na supełek. Ale wielu osobom to pasuje, bo też tacy z nich admini i programiści co to podobnym standardom hołdują. Z wierzchu wygląda spoko, mogą oszukać normików, ale wewnątrz patyki z tataraku, glina, eternit, mokry karton. Linux powstał z biedy i dla biedaków, udowodnijcie mi że nie.

Po licznych entuzjastycznych komentarzach i reakcjach

(…) dziękuję za Wasze wsparcie, wszyscy do tej pory potwierdzacie, że Linux z biedy powstał, do prowizorki służy, jego odpowiednikiem w świecie fizycznym jest taśma klejąca i stare zużyte spinacze biurowe. Prawdę trzeba głosić, aby ludzie nie błądzili. Nasza branża i tak jest już mocno przeżarta przez zabobon. Dziękuję!

Ktoś porównał Windowsy do Linuksów, moja odpowiedź

To jest klasyczna hipokryzja biedacka – ludzie porównują linuksy, które często konfigurowali tygodniami metodą prób i błędów oraz chodząc po tysiącu forów internetowych, do tylko ledwo podpucowanych w panelu sterowania Windowsów i twierdzą, że linuszki to taki cymes, że ho-ho.

Ktoś napisał w komentarzach, że „Linux to nie OS„, mój komentarz

No pewnie, to tylko atrapa, proteza. Smutne, że niektórzy wolą oprzeć się o taką protezę niż sięgnąć po prawdziwe kończyny.

Po 10 latach linuchów text-only na serwerach jestem przekonany, że 99% problemów linusiuów to one same. Przecież to jest wszystko nitką związane, taśmą klejącą sklejone, z kartonu i sreberka po czekoladzie.

Linuksy są potrzebne chociażby tylko po to, żeby istniała realna alternatywa dla korporacji. Gdyby wszystko było w rękach Microsoftu lub Apple, to za każde zalogowanie do systemu płacilibyśmy 50 groszy.

Napisał na forum p. Norbert

(…) co potwierdza tezę, że jest to system dla biedoty, społecznych nizin, ludzi skrzywdzonych finansowo przez los. Dobrze, że jest, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby ci ubodzy mieli możliwość żyć jak ludzie. Szkoda mi ich, naprawdę. Życie na chudej zalewajce i na linuszku to nie jest łatwa sprawa.

Biednemu trzeba ostrożnie pomóc

Nieładnie śmiać się z biednych. Do nich trzeba wyciągnąć pomocną dłoń. Widzisz linusia to pytasz czy może zapiekankę kupić albo czy może nie wziąłby pary starych spodni. Na karteczce zapisujesz mu numer telefoniczny do MOPSu. Ale pamiętaj, w numerze użyj myślników (uwaga, wieku linusiów mówi na nie „pauzy”, nie zdziw się), bo inaczej mogą to to wziąć za adres IP albo maskę podsieci. Staraj się też nie patrzeć im za długo w oczy, podobno mogą stać się agresywni. Lepiej z nimi mówić po angielsku, nawet łamanym. Wtedy się uspokajają.

linuś jednak wziął się z biedy – podobnie jak myszy, szczury, pająki, komary i pleśń

Linuś to podsystem – i to jest fakt!

> 2021 rok
> Linux
> w dodatku z powłoką graficzną

No trochę wstyd OPku. Napewno trochę zarabiasz, więc idź kup sobie normalnego Windowsa i żyj jak człowiek. Windowsy teraz tanie jak barszcz. i dołączają też do nich linuszki jako podsystemy (xD), więc jak Cię sentyment weźmie na wspomnienie błędów przeszłości to będziesz miał wszystko w jednym pięknym działającym zestawie.

W reakcji na liczne komentarze do powyższego:

> ludzie nieumiejący skonfigurować Windows narzekają na Windows
> ci sami ludzie wychwalają linuchy, które wcześniej przez tydzień konfigurowali stosujac porady z forów dla kuców w krasiastych koszulach

Linuś a używanie kart graficznych NVidia

Czy ludzi używających Linuksy stać tak właściwie na karty Nvidii? Przecież Linux to system dla ludzi „oszczędnych” (pisze dyplomatycznie, aby nikogo nie urazić). Jakoś mi to nie pasuje do siebie: Linux i porządna, jakościowa karta graficzna. To tak jakbyś ubierał najlepsze skórzane ubranie a’la Hell’s Angels na czas jazdy rowerem.Linuksiarz powinien się pogodzić ze swoim miejscem w społeczeństwie. Te aspiracje do wyższych kast są zbędne, tylko przyniosą takiej osobie cierpienie.

W odpowiedzi na nienawistny komentarz użytkownika systemu GNU/LInux:

ależ ja nie podważam tego, że na GNU/Linuksie możesz czuć się wspaniale. Wręcz przeciwnie, szczególnie TY możesz się czuć wspaniałe. Bo to jest Twoje miejsce. Mi chodzi tylko o to, abyś nie szukał szczęścia poza tym, co Tobie przeznaczone. Każdy z nas odgrywa jakąś rolę w wielkim teatrze świata. Nie każdy jest aktorem pierwszego planu, nie każdy jest gwiazdą.

oraz

wypełnia Cię ból, bo pragniesz zająć miejsce wyższe niż teraz zajmujesz. Ten ból uczyni z Ciebie nienawistnika, który pomnaża cierpienia swoje i czerni nieprzyjemności innym. Nie namawiam Cię do nagłego porzucenia swoich poglądów, bo niewielu jest zdolnych do tego. Raczej dopuść do sobie możliwość, powiedz „może on ma trochę racji”. Zaraz poczujesz się lepiej. No kiedyś kup sobie legalnego Windowsa, zainstaluj – to będzie pierwszy krok ku lepszemu.

Czym są dla Linuszka kontenery dockera

Kontenery to akurat wielkie dobro, ale wcale nie dlatego, że to kolejna warstwa wirtualizacji , izolacji czy cokolwiek, lecz dlatego, że te wszystkie Dockerfile to wreszcie czytelne manuale (bo przecież kod „sam się czyta”) jak coś gdzieś zainstalować i uruchomić, co naprawdę ma jakie wymogi. Dla świata linuszków nareszcie to jakiś porządek i to jest istotne, bo jednym z wielkich problemów GNU/Linux jest jeden wielki bałagan, śmietnik, stary brud, nie mycie się, zapach potu, tłuszcz. No obraz zaniedbania, NĘDZY. (W sumie to nic dziwnego, Linux historycznie powstał z biedy dla biedaków). Gdyby kiedyś programista Assemblera po zażyciu substancji odurzających miał stworzyć system operacyjny to byłby to właśnie Unix oraz GNU/Linux – wszelkie identyfikatory jak mnemoniki, całe dekady spędzone w memory leakach i null pointerach, wszystko powiązane na wstążkę, sklejone gumą do żucia. Przypomina dzieło 6 letniego dziecka.

W sumie to Linux przypomina też dawne roguelike’i takie jak NetHack czy Adom. Gdy już wejdziesz w ten temat to idziesz w kolejne poziomy podziemi. Giniesz mnóstwo razy ale każda śmierć przynosi Ci rozumienie jakiegoś kolejnego quirka tej gry. W NetHacku gdy zabiłeś floating-eye i zjadłeś tego czegoś truchło, to później mogłeś zawiązać sobie oczy opaską i posługiwać się telepatycznym wzrokiem. Z Linuksem jest podobnie – żadna racjonalność nie pomoże Ci przebrnąć przez jego dungeony. Pomoże Ci ciągła w nich śmierć, umieranie, sięganie po irracjonalne i nauka na błędach. Dobrze, jeżeli znasz wiele linuksowych forów albo masz znajomych linusiów, co już ze swoich błędów coś podpowiedzą. Gorzej, że świat linuszkowy jest z tego dumny. Jest dumny z tego, że to taki (w ich oczach) wymagający inteligencji survival dla najlepszych.

Widzicie co nędza robi z umysłami ludzi. Muszą uciekać się do fantazji, aby zło przestawić jako dobro, bałagan wziąć za porządek, słabość za siłę.

Nic nadzwyczajnego ten Lunix, nie ma o czym mówić

Linuks jest zupełnie przeciętnym systemem operacyjnym. Jego popularność opiera się wyłącznie na tym, że jest darmowy i dosyć prymitywny, przez co pozornie łatwy do opanowania. W rzeczywistości jego poprawne konfigurowanie zajmuje godziny, dni, tygodnie (a i tak jest zawodny). Jest też taka moda na Linuksa. Odpowiednik mody na odzież, gatunek muzyki czy książkowe serie wydawnicze. Można by rzecz, że współcześnie Linuks to synonim takiego pop-systemu. Może nawet trochę gorzej – to rap, hip-hop, disco polo. Twórczość muzyczna przez niektórych ani nie uznawana za „twórczość” ani za „muzyczną”. Ja się z tym nie zgodzę – to absolutnie jest twórczość i gdzieś tam jest jakiś rytm. To jest jak rytm afrykańskich tam-tamów, to jak pradawne formy dźwiękowe ludów pierwotnych. Dlaczego współcześnie zyskało to takie uznanie wśród informatyków? Zbyt długie obcowanie z kulturą wysoką innych systemów operacyjnych nasyciło smaki osób niegotowych na subtelne doznania i odbili w drugą stronę. Rok czy dwa i wróci im rozum. Ale też wiele osób jest stworzonych do życia prostszego, bardziej surowego. I to jest ich życie, w którym mogą być zadowoleni. Pozwólmy im trwać.

Pingwin jako wymowny symbol linuksiarstwa

Kiedyś znajomy linuksiarz w przypływie żalu nad własnym losem opowiedział mi, że symbolem linusiarstwa jest pingwin, bo wielu pierwszych linusiów było niskiego wzrostu, z dużym nosem i w niebezpiecznie wysokim BMI. Ale sam wygląd zewnętrzny nie byłby jeszcze powodem to przyporządkowania kogokolwiek do tego zwierzęcia. Otóż, podobno linuszki były też prostackie, samolubne, aroganckie i odrzucone przez rówieśników, co sprawiało, że przyjmowali nieświadomie specyficzną pozę jakby wywyższających się dżentelmenów z elity

Nie potwierdzam tego – znam tylko chudych linuksiarzy. No bo tak na logikę – skoro Linuks bierze się z biedy, to skąd biedny człowiek ma mieć na jedzenie? Co ma jeść, aby tyć? Linusiątka nie są złymi ludźmi, po prostu ubóstwo zaburza pracę mózgu. Byłem kiedyś na sympozjum na temat sekt i tam mówiono, że gdy w Indiach nowy samozwańczy guru chce założyć sektę to mami swoich nowych uczniów dwiema rzeczami istotnie zmieniającymi działanie mózgu: wegetarianizmem oraz linuksami. Przy czym ten pierwszy jest zasadniczo zdrowy i tylko trochę miesza w głowie, a to drugie to już igranie z ogniem – podobno wielu wyznawców traci zmysły i zamiast zaspokajać potrzeby lokalnego guru zaczynają wyznawać jakieś nieznane szerzej autorytety linuszkowe oraz robić coś z kernelami, czego nawet hinduscy jogini i tybetańscy mnisi pojąć nie mogą.

Linuks czy Linux?

(…) napisałem „Linuks” a nie „Linux”. Zrobiłem tak, aby nie ośmieszać tego systemu. Końcówki „-ux”, „-ex”, „-ax” kojarzą mi się z po-PRL-owskim wysypem firemek o nazwach Marex, Tomex, Drutex, Betonex, . Było tego mnóstwo. „Linux” brzmi więc dla mnie jak takie bieda-przedsiębiorstwo.

W sumie jak to dobrze przemyślałem, to nawet to dobrze oddaje charakter tego systemu i chyba jednak przejdę na „Linux”.

Zrobiłem też kiedyś ankietę na temat tego jak nazywać linusiów, ale została zaskarżona. Poniżej niestety tylko fragment tekstu i ankiety, tyle udało się zachować. (Z niewiadomych dla mnie przyczyn głosujący wybrali, że najlepszą nazwą dla linuszków będzie odniesienie do znanego austriackiego akwarelisty, hmm…)

Materiały multimedialne do rozważenia

Głos rozsądku, na temat Linuksa wypowiada się Marcin Milewicz (zamieszczam za zgodą autora wyrażoną przez niego w komentarzu na TikToku, którą co prawda później usunął xD ale zrobiłem zrobić screenshot, który daję pod filmem):

Podobne zdanie w swoim czasie wyraził znany w środowiskach komputerowych Jamie Zawiński:

Polecane lektury

System kastowy w branży IT

Ten wpis jest kopią archiwalną z moich postów i komentarzy na pewnym wyjątkowym forum dla społeczności IT, na którym publikuję żarty, urządzam prowokacje, dzielę się refleksjami. Generalnie dokuczam kolegom i koleżankom z branży, inspiruję dyskusje i kłótnie.

#1

(…) słyszałem też, że niektórzy wierzą w swoisty system kastowy, to chyba tak szło (od najwyższej kasty do najniższej):

  1. Programiści
  2. Sieciowcy
  3. Bazodanowcy
  4. Admini nie będący sieciowcami
  5. Testerzy
  6. Helpdesk
  7. Analitycy biznesowi
  8. PMs

Mogłem coś pomylić, ale jakoś tak to było.

Plus: za bycie kobietą idzie się oczko w górę. Kobieta programista nie może już pójść wyżej, pozostaje równorzędna mężczyźnie programiście. Płeć nie ma znaczenia wśród devów.

#2

HR to nie IT niezależnie od płci.

Komentarz na forum: to czemu w pewnym stopniu decydują o tym czy ktoś wejdzie do IT czy nie, to jest dramat

Twoi rodzice mogli być np. hydraulikiem i pielęgniarką, ale zadecydowali o Twoich narodzinach chociaż stałeś się informatykiem. Do tego czasu pewnie już się z tym pogodzili a i Ty ich do IT nie wliczasz.

#3

Jeżeli ktoś pełni kilka różnych ról z hierarchii to przeprowadza się binarną operację OR na numerach pozycji i powstaje numer ostateczny. Prowadzi to do interesujących zjawisk: sieciowec-admin zajmujący się także helpdeskiem będzie traktowany wyżej niż sieciowiec-admin zajmujący się programowaniem. Ponadto, w wyniku takiego przeliczania objawiają się dwa progi poniżej których nie można spaść ot tak po prostu: próg bazodanowca i próg analityka binzesowego. Innymi słowy, aby spaść najniżej na poziom PM trzeba po prostu być PM.

Osoby posiadające więcej niż jedną określoną funkcję mogą być nazywane „informatykami” o ile w tych funkcjach nie występuje PM.

Osoba posiadająca więcej niż 4 różne pozycje może być nazywana „informatykiem zakładowym” o ile w tych funkcjach nie występuje PM.

Nieracjonalni i zabobonni informatycy

Ten wpis jest kopią archiwalną z moich postów i komentarzy na pewnym wyjątkowym forum dla społeczności IT, na którym publikuję żarty, urządzam prowokacje, dzielę się refleksjami. Generalnie dokuczam kolegom i koleżankom z branży, inspiruję dyskusje i kłótnie.

#1

Wiele razy o tym wspominałem, ale chyba nikt tego nie brał na poważne: informatycy są BARDZO zabobonnymi ludźmi którzy dodatkowo mają skłonności do mocnego konformizmu. Jakby tego było mało, świat tworzenia oprogramowania takiego konformizmu oczekuje i go wspiera i buduje się na mitach, zabobonach, dziwacznych poglądach. Wręcz podstawowa różnica między seniorem a juniorem jest taka, że ten pierwszy posiadł zdolność odnalezienia się w każdym dziwnym zestawie mitów i na bagnistym podłożu irracjonalności jest w stanie skutecznie budować software. Istotny jest konformizm, bo ten zapewnia sukces teamu. Jeżeli team ma wspólne bożki technologiczne, rytuały, konwencje, to odniesie sukces choćby nawet miał pisać w BASICu używając polecenia COME FROM. No i gdy dodamy do tego wysokie zarobki to informatycy zaczynają wierzyć, że oni posiedli jakąś zdolność „wygrywania życia” i że można rozciągać to ich wadliwe postrzeganie na wszystko, na całe życie i całą ludzkość. Otoczenie często to widzi zupełnie jasno, że to jakiś rodzaj zwichrowania osobowości, którego jednak lepiej nie leczyć bo przynosi złote jaja do domu.

To komiczne, gdy spotyka się takiego buńczucznego informatyka, że co to nie on i w ogóle indywidualista i wszystko zna i wie, a tu nagle zaczyna gadać głupoty że tylko taki standard, taka konwencja, uznane praktyki, jedynie słuszne rozumienie xD a potem w tym samym duchu zacznie mówić o polityce, życiu, sporcie, diecie xD najgorsi są chyba fizycy-informatycy, moje zdanie na ich temat niektórzy mogli poznać z komentarzy z ostatniego tygodnia.

#2

Intro: (…) wszyscy się boją napisać cokolwiek nietypowego bo że niby ktoś się na nich się krzywo spojrzy. Ale jak trzeba się kłócić o zabobony typu SOLID, DRY, KISS, jakieś konwencje i pseudo-standardy to do gardła by się rzucili.

Intro 2: (…) branża IT to jest takiego, co każdemu może namieszać w głowie. Spójrz na programistów – niektórzy zaczynają wierzyć w zupełnie irracjonalne zabobony tylu SOLID, DRY, KISS i inne. Albo przedkładają jakieś języczki programowania typu Pajton, Rdzewiej czy Idź ponad inne. No jak dzieci po prostu. No więc IT ma w sobie cos takiego, co ludziom w głowach po prostu miesza i zatracają rzeczywistość. Nie trzeba się wówczas złościć tylko delikatnie, empatycznie takie osób wysłuchać, rozmawiać z nimi, pomóc im odnaleźć prawdziwe przyczyny ich odczuć, wierzeń, skłonności. Nie należy odrzucać albo traktować złością, albo traktować suchą racjonalnością. Rozmowy warto zacząć od wyrażenia tego jak bardzo doceniamy wrażliwość drugiej osoby, jej zapał, jej zaangażowanie, przejęcie.

Intro 3: (…) niektórzy ludzie zamiast akceptować lub odrzucać jakieś zjawiska w sposób irracjonalny – jak Ty to robisz – wolą wykonywać eksperymenty, pomiary itp. Nie każdy opiera się na zdaniu innych czy kieruje konformizmem. Naturalnie, takie cechy nie są pożądane w IT, więc nie jestem zaskoczony, że ich nie posiadasz. IT to siedlisko wielu zabobonów: SOLID, DRY, KISS, separation of concerns i wiele, wiele innych, które nigdy nie przeszły rygorystycznych eksperymentów. Liczy się jednakże nie to, co jest prawdą, ale to, co jest spójne z działaniem danego programistycznego teamu. Zgrany team zrealizuje projekty informatycznie sprawnie choćby nie wiem jak dziwaczne przyjął konwencje i kultywował poglądy.

Otóż te moje odwołania do SOLID, KISS, DRY oraz innych praktyk w wielu moich komentarzach dotyczą tego, że pewne standardy, dobre praktyki i konwencje egzystują w informatyce od lat a czasami dekad, lecz nie wynikają one z niczego innego niż wiary. Nigdy nie udowodniono ich skuteczności w sensie rygorystyczno-naukowym. Dopiero ostatnie lata sprawiły, że zaczęto robić rygorystyczne eksperymenty, prowadzić pomiary i inne takie, aby zrobić z software developmentu dyscyplinę naukową opartą o dowody, evidence-based. I okazało się, że nic nie trzyma się kupy. Wedle mojej wiedzy nie udało się konkluzywnie potwierdzić skuteczności ŻADNEGO z informatycznych przekonań. Gdy piszę „konkluzywnie” to mam na myśli, że kolejne badania przynosiły sprzeczne rezultaty. Czasami eksperyment wykazał, że jakaś praktyka jest super-skuteczna, aby po chwili ten sam eksperyment przeprowadzony gdzie indziej wykazał, że ona w ogóle nie działa. Zaczęto to analizować, w wielu przypadkach zaproponowano interesujące hipotezy. No ale jeżeli jesteś tego ciekawy to punktem wyjścia jest Google Scholar a najlepiej dostęp do płatnych naukowych baz danych.

Wiem, że to co opisuje, może szokować. Ja sam byłem tym ogromnie zaskoczony, w ogóle się tego nie spodziewałem. W swojej osobistej praktyce programistycznej stosuje rozmaite podejścia, których się wyuczyłem przez lata, które weszły mi w krew i miałem je dobrze zracjonalizowane, wyjaśnione, cały światopogląd ułożony od A do Z. Jestem przy tym dosyć skutecznym programistą, więc mógłbym zapytać: czy byłbym tak skuteczny gdyby nie to, że stosuje te skuteczne podejścia?

Jeżeli badania były do czegoś zgodne, to do tego, że cechą charakterystyczną doświadczonych programistów w odróżnieniu od początkujących jest to, że przez lata nauczyli się był skuteczni niezależnie od swoich przekonań, praktyk, konwencji. Czasami nawet wtedy, gdy cos jest niezgodne z tym jak funkcjonuje mózg – przykładem jest stosowanie konwencji nazewniczej camelCase. Ona aktualnie UTRUDNIA sprawne działanie mózgu, co można bardzo obrazowo i łatwo wykazać w eksperymentach z eye trackingiem, nie trzeba do tego robić żadnych wielkich teorii. Okazuje się jednak, że mózgi seniorów programowania dostosowały się do pracy w takich warunkach i są równie skuteczni jak juniorzy na zgodnej z działaniem mózgu konwencji snake_case.

Takich dziwnych doniesień trochę jest i będzie więcej, bo dopiero teraz się rozwija ten obszar badań i stosowane są coraz lepsze narzędzia pomiarowe.

Albo weźmy DRY. Częstą miarą jakości kodu jest istnienie w nim najmniejszej ilości duplikatów. Kod, który ma ich wiele nazywany jest WET i od dekad zaleca się walkę z nim poprzez stosowanie zasady DRY podając szereg powodów dla których tak jest lepiej. Badania jednakże nie wykazały tego, aby było „lepiej” cokolwiek to „lepiej” miałoby znaczyć. Badano gigantyczne zbiory kodu, wielkie repozytoria, wieloletnie historie commitów i nie wykazano jakoby DRY przynosiło mniej bugów, mniej modyfikacji, podnosiło jakość czegokolwiek. Za to zwiększało liczbę późniejszych działań odwrotnych: duplikowania kodu, aby tworzyć jego specjalizowane warianty. Czyli że DRY tak naprawdę bywa zwodniczą przedwczesną optymalizacją i stratą czasu. Badano też repozytoria osób, które nie stosowały DRY i nie odnaleziono niczego, co by wskazywało, że tam było gorzej lub lepiej niż z DRY. Zaproponowano wiele hipotez czemu tak jest, polecam szukać w literaturze.

Ten motyw powtarza się. Badacze biorą pod lupę praktykę X i okazuje się zazwyczaj, że:

  1. To w ogóle działa ALBO
  2. To działa, ale w 95% tylko wtedy gdy stosuje to senior, którego mózg przez lata na przekór wszystkiemu się sam przeprogramował ALBO
  3. To działa, ale tylko w mikroprojekcikach o niewielkim albo żadnym skomplikowaniu.

Ale bardziej istotne jest co innego. Sukcesy ZESPOŁÓW programistów okazują się w ogóle nie zależeć od przyjętych przez nich praktyk i konwencji a jedynie od zgrania i lojalności wobec tych praktyk. Zwycięstwo nie jest więc w prawdziwości tego w co wierzycie, ale w tym, że wierzycie razem, co czyni Wam skuteczną platformę współdziałania umysłów.

Zmierzam do tego, że deweloperzy często gorliwie wyznają fałszywe bożki i paradoksalnie największe mohery-seniory są skuteczni MIMO trwania w fałszu. Można przejść na życie w prawdzie i rozpoznać, że bożki to tylko fikcja, która może być użyteczna jako pewien fundament komunikacyjny, ale nic ponadto. I coraz więcej osób tak robi.

Prawda o skutecznym software developmencie prawdopodobnie do nas dopiero nadejdzie wraz z rozwojem inżynierii oprogramowania bazowanej na dowodach. Najpewniej z jej zdobyczy najmocniej skorzystają nasze dzieci, które nie będą musiały sobie wykrzywiać mózgu, ale będą programować w zgodzie z jego naturalnym ukształtowaniem. Na tę chwilę jednak społeczność IT generalnie brodzi w ciemnocie, którą ma za oświecenie.